SCM Music Player.

Bohaterowie.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Part 123.

Miś którego dostałem, tez był fajny, ale ja tak strasznie uparłem się na tamtego. Miał coś w sobie, szklane oczy, nie był tani. Futerko nawet miał bardziej włochate niż ten, którego miałem. No i co dalej..? Hm… Byłem sfrustrowany tym, że któregoś dnia tego misia nie było na wystawie..! Wszedłem tam, a widziałem, jak ogląda go dziewczynka, patrzyłem na nią ze złością i prośbą, by go zostawiła.
Zaśmiał się pod nosem, kobieta również, jakoś nie wyobrażała sobie chyba za bardzo Sweeney’a, który tak bardzo pragnął pluszaka, lecz słuchała jego uroczej opowieści dalej.
– Dziewczynka jednak sprzątnęła mi tego misia sprzed nosa, ja i tak jeszcze nie miałem całej sumy, a chciałem by sprzedawca mi go przechował. Zjawiłem się za późno. Byłem zły. Sprzedawca nawet zagadał mnie, gdy wtedy byłem w sklepie, pokazywał, jakieś małpki, kotki, ale ja chciałem tamtego misia i jedynie pamiętam dokładnie jak mu powiedziałem. – „Sprzedał Pan Mojego misia”. Był zaskoczony moimi słowami, a ja szybko wybiegłem ze sklepu i pobiegłem do parku, gdzie przesiedziałem chyba z godzinę, nim wróciłem do domu. Rodzice byli rozgoryczeni, że wyszedłem na tyle czasu, choć miałem tylko kupić bułki, kupiłem. Ale co z tego, dla mnie ważny był miś.
Uśmiechnął się do Nellie i pogładził ją lekko po udzie i pochylił się do niej niczym jakby stare czasy miały wrócić i dodał.
– Lecz jak tylko miałem pieniądze na misia, uznałem, że są mi zbędne, po nic. Lecz zabrałem je ze sobą, coś mnie tknęło. Poszedłem na plac zabaw, a tam była ta dziewczynka, lecz dla mnie ważne było, czy miała misia. No i leżał sobie sam, na ławce. Nie wypadało mi, podejść i go zabrać. Lecz kiedy dziewczynka na chwilę była sama, podszedłem do niej, gdy miała misia w ręku i powiedziałem, że ten miś miał być dla mnie, że dam jej pieniądze za tego misia i kupi sobie innego, za tą samą cenę. Nie wyglądało jakby miała się zgodzić, Ale wyjąłem woreczek pieniędzy i jej go pokazałem, że to nie żart. A ona spojrzała na misia i dała mi go, ja dałem jej pieniądze i to był mój pierwszy interes życia, ze zyskałem, nie zarobek, a misia .. pluszowego hehe.. z trocinami w środku. –Zaśmiał się spoglądając na Nellie i na chwilę wyglądało jakby się zamyślił. Kobieta przyglądała mu się z uwagą i pogładziła go po policzku, a Sweeney odezwał się.
– Gdzieś mam jeszcze tego misia.. w kawalerce, tego drugiego też.. Choć już są w gorszym stanie. Widzisz, o misia byłem twardy, teraz poszedłbym pewnie z brzytwą i zachował się mniej miło. No ale ująłbym w tym to, że dziewczynka jest niewinna heh.. Ale mniejsza o to, jakoś bym to teraz przeżył. A Ty Nellie masz jakąś ciekawą opowieść z dzieciństwa..?

Part 122.

Powiedz jak z czymś nie trafiłem.. Nie znamy się tak bardzo, pod względem robienia sobie prezentów. Prawda?
Nellie pogładziła Todd’a po kolanie i puściła do niego oczko odwracając się na kanapie bardziej przodem do Sweeney’a i podłożyła sobie pod plecy poduszkę bo akurat siedziała tak przy jednym podłokietniku. Upiła łyk ponczu odezwała się do Sweeney’a.
– Oczywiście! Wszystko mi się podoba. Hm.. jest w tym racja, ale trafiłeś, bardzo mi się wszystko podoba. A Tobie, Sweeney?
Mężczyzna spojrzał na płeć piękną i przytaknął do kobiety.
– Cieszy mnie to bardzo, ale to bardzo. Tak, ja jestem zadowolony. Piżamy mam tylko dwie, teraz będzie trzecia. Zegarek, mój akurat.. przystaje z godziny na godzinę.. i czasami nie do końca wiem, która już jest, jak kogoś o to nie zapytam. A płaszcz, na pewno jest cieplejszy od mojego starego, więc na taką pogodę jak teraz, mróz, nieprzyjemny ziąb przyda się w sam raz. Bardzo dziękuję.
Nellie uśmiechnęła się na słowa Sweeney’a no i przede wszystkim cieszyła się z tego faktu, że Sweeney niczym jak dla niej, pozbył się człowieka, którego zaczynała się coraz bardziej bać. Popijali sobie poncz, Sweeney poszedł też na chwilę do kuchni i przyniósł nieco ciasteczek i po kawałku dla nich ciasta, by mogli sobie zjeść. Zatem też nieco sobie zjedli, rozmawiając ze sobą, tym bardziej, że w tle było słychać muzykę z płyty winylowej, więc nie było tak głucho.
– Święta są miłe, można trochę odpocząć, do tego co otacza codzienność, szkoda, ze to trwa tylko kilka dni i znów trzeba wrócić do rzeczywistości… Więcej chyba zajmują przygotowania niż całe święta? Ale chyba każdy najbardziej oczekuje prezentów.. Pamiętam jak byłem małym chłopcem i raz na gwiazdkę dostałem misia, pluszowego. Nie byłem nim zachwycony. Wcześniej pokazywałem rodzicom misia na wystawie, mówiłem, że chce by miał taką krawatkę niebieską, a ten miś miał czapkę na głowie, taką jakby kierowcy dyliżansu. Misie się różniły od siebie, a moi rodzice niekoniecznie dobrze mnie słuchali, a misie były chyba w takiej samej cenie. Widzisz, prezent troszkę nie wyszedł. No ale i tak nie przyznałem się, że to inny miś był moim Gwiazdkowym.
Kobieta słuchała Sweeney’a, kiedy nieco opowiadał jej o świętach z rodzicami, z misiem opowieść spodobała się jej, że Sweeney jako dziecko nie był zachłanny i nie rozpłakał się z powodu dostania innego misia niż sobie wymarzył.
– A co z misiem w sklepie, ktoś go kupił? Pamiętasz jeszcze jakiś prezent z dzieciństwa? Sweeney zastanowił się przez chwilę i podrapał po swojej brodzie po chwili odpowiadając.
– Co z tamtym misiem.. hm… Pamiętam, że któregoś dnia… a miałem wtedy może z 8 lat.. Sprawdziłem swoją skarbonkę, trochę do tego misia mi brakowało. A na wystawie ciągle był, ale bałem się, że w końcu ktoś go kupi i przepadnie mi ta okazja, nie potrafiłem go przepuścić.

Part 121.

Nellie uśmiechnęła się do Todd’a cieszyła się, że mogli pobyć razem w te święta, a propozycja zrobienia ponczu, spodobała się jej w końcu, drinków jeszcze takich za bardzo nie robiła.
– Napijemy..? A owszem.. Hm… tak, możemy się napić. Hm.. kupiłeś rum.. och dobrze, spróbujmy.. dawno piłam rum.. ale nie jest zbyt mocny..?
Sweeney zastanowił się na chwilę i odparł do kobiety, kiedy zaraz przeszli do barku po rum, który wyciągnął z półki i pokazał kobiecie.
– O! Tego się napijemy, znaczy nie tak jak piraci.. ale tak troszeczkę.. Kupiłem w porcie, ale nie jest zbyt mocny.
No i tak zaraz podchodząc do blatu kuchennego Johnny naszykował tak naprawdę mniejszy garnek, gdzie wlał zaraz nieco rumu, choć po łyczku się napili z jednego kieliszka zaraz, że Sweeney przez chwilę z Nellie nie mogli powiedzieć słowa i szepnął.
– Nie jest tak bardzo mocny.. no może troszeczkę hehe..
Sięgnął po puszkę brzoskwiń i kroił je zaraz w kostki, przy czym pomagała mu kobieta. Tak samo zrobili z pomarańczami, A potem wszystko Sweeney sokowirówką, lepszej generacji jaką miała Pani Lovett wyssał można powiedzieć sok z owoców i przelał do garnka. Starł też nieco cynamonu i dołożył do ich mikstury. Spojrzał na Panią Lovett ze spojrzeniem.. ”Coś nam z tego wyjdzie.. spokojnie..” No i zaraz dodali jeszcze trochę soku z pomarańczy, Sweeney wycisnął sok z limonki ale nie cały i dodali do tego jeszcze nieco rumu. Czemu kobieta przyglądała się z uwagą jak mieszał łyżką wazową w garnuszku, po czym odparł.
– Ale jak upiję nas, to nie będziesz rano miała mi tego za złe.. i nie wyrzucisz mnie..? Kobieta przejęła od Sweeney’a łyżeczkę. Zaraz Sweeney całość wymieszał dodał do tego nieco pokrojonych owoców i po chwili przelewał w takie spore szklaneczki i jedną podał Nelli po czym stuknął ze swoją i napili się łyczek. Poncz nie był mocny, był może troszeczkę kwaśny, ale rum tą kwasotę trochę zabijał.
Czemu kobieta przyglądała się z uwagą jak mieszał łyżką wazową w garnuszku, po czym odparł.
– Ale jak upiję nas, to nie będziesz rano miała mi tego za złe.. i nie wyrzucisz mnie..? Kobieta spojrzała w swój napój i nawet jej to zasmakowało, czym nieco się delektowała.
– Mmmmm… ma ciekawy smak muszę przyznać.. Och Sweeney.. Nie wiem czy jutro bym pamiętała cokolwiek, jakbyśmy się upili.. bardzo dobre… Nie to, że jestem fanką alkoholu, lecz to jest dobre, poza tym jest tu też trochę owoców..
Zaraz oboje udali się z powrotem do salonu, gdzie przysiedli sobie na kanapie, gdzie dziś było uprzątnięte z łóżka Todd’a, no a przynajmniej póki co kiedy jeszcze nie szli spać.
– Podobają Ci się prezenty ode mnie hm..?

Part 120.

Mężczyzna pierwsze co otwierał to spory pakunek w którym mieściła się piżama, którą zaraz oglądał, podobała mu się, bo w końcu miał tylko dwie, A ta będzie mu niezbędna. Uśmiechnął się na ten prezent i odparł.
– Zatem pomyśleliśmy o piżamkach hehe.. Ale bardzo trafny prezent, chyba przeszukałaś moją kiepską garderobę..
Ucieszony był z piżamki, bo wiedział, że bardzo mu się przyda, poza tym ta była nowa, a swoje miał już trochę takie, dość znoszone. Potem kolejny prezent jaki rozpakowywał był to płaszcz, który powoli wyjął z papieru i zaraz wstał, przyglądając się ubraniu.
– Mmmm… jaki klasyk. Bardzo ładny płaszcz, podoba mi się… teraz będę go nosił…! Tak… Pozwolisz, że przymierzę..?
Sweeney zaraz zakładał na siebie płaszcz powoli i spojrzał na Nellie uśmiechając się do niej delikatnie. Zapiął guziki i przeszedł się do lustra by przejrzeć się w płaszczu. Kobieta przyglądała się mężczyźnie cieszyła się, że póki co podobały mu się prezenty od niej, choć chyba najbardziej bała się, że zegarek mu się nie spodoba, a właśnie do tego zaraz miał dojść. Wyglądał tak dostojnie, poza tym nowy płaszcz, nowy materiał zawsze człowieka zdobił lepiej niż coś starego. Sweeney podszedł zaraz do Nellie i przysiadł przy choince, rozpakowując jeszcze jeden prezent. Nellie spoglądała na mężczyznę i oglądała tez i swoje kolczyki, lecz bardziej teraz interesowała ją reakcja Sweeney’a.
– A tutaj co jest hm..?
Nellie uśmiechnęła się i spojrzała tajemniczo.
– Zobacz sam. Mam nadzieje, że będziesz zadowolony.. Otwórz.
Po chwili Sweeney rozpakował z papieru pudełeczko i zajrzał do środka, gdzie był zegarek z białego złota. Aż zaniemówił z wrażenia, nie spodziewał się takiego prezentu.
– Zegarek..?
Wyjął go zaraz z pudełeczka i oglądał, aż założył na nadgarstek zegarek, jak z jednego ramienia zdjął płaszcz.
– Mmmm… szykowny.. bardzo ładny… I pewnie kosztowny.. hm..?
Spojrzał na Nellie kiedy uśmiechnęła się do niego szerzej, Sweeney był zachwycony prezentami, w końcu kiedy ostatnio coś dostał? Nawet nie pamiętał. A dziś bardzo go to ucieszyło, tym bardziej, że z każdego prezentu zamierzał skorzystać, już nawet dziś, nowa piżama, była w sam raz na dzisiejsza noc.
– Bardzo Ci dziękuję, cudowne… zegareczek.. i ubrania.. wszystko mi się przyda, dziś już jedno wykorzystam.. Piżamę rzecz jasna.. spać w płaszczu nie będę hehe. Dziękuję za prezenty.
Sweeney zbliżył się do Nellie i przytulił ją do siebie całując lekko jej policzek.
– To miły dzień… wieczór. Napijemy się czegoś dobrego..? Może zrobimy.. własnoręczny.. dobry poncz.. Taki drink.. z alkoholem..? Jest wieczór.. są święta, coś nam się należy.. chodź.. Po majstrujemy w kuchni.. Obiecuje się nie upić.. i trzeźwo trafić na kanapę hehe.. Żartuję.. Ale to nie będzie wódka, czy coś w tym rodzaju, by zwalić z nóg.. Ale może trochę rumu.. Kupowałem rum… na pewno jest w barku..

niedziela, 28 grudnia 2014

Part 119.

Ucieszona założyła go sobie od razu na szyję i przeszła do kolejnej paczki. A tam znalazła kolczyki, które również robiły wrażenie. Sweeney obserwował reakcję kobiety, która wskazywała, że nie miał złego gustu i wszystko do tej pory naprawdę ją cieszyło. Następna była koszula nocna choć Pani Lovett z początku nie wiedziała zbyt co to jest, ale po całkowitym rozpakowaniu zorientowała się. Poruszała brwiami śmiejąc się do Pana Todd'a.
- Hm.. ciekawe.. powinnam chyba zrobić pokaz w którym zaprezentuję te rzeczy na sobie, nieprawdaż..? Hehehehe..
Sweeney tak patrzył na nią i przez chwilę nawet wyobraził sobie ją w koszuli aż musiał odgonić od siebie te myśli żeby się zbytnio nie rozproszyć.
- Nie narzekałbym.
Uniósł kącik ust spoglądając na płeć piękną kiedy przymierzała do swego ciała ciuszek. Potem odpakowała ostatni podarunek w którym znajdowały się różnego rodzaju kosmetyki na co też cieszyła się jak małe dziecko. Zanim się zorientował, przytuliła się go i pocałowała kilka razy w policzek.
- Och, Sweeney.. to wszystko jest takie piękne.. bardzo mnie zaskoczyłeś, nie spodziewałam się takich cudeniek.. Dziękuję.. Pewnie wydałeś fortunę.. nie wiem jak Ci się odwdzięczę.. Ach.. teraz Twoja kolej na odpakowywanie prezentów..
Przesunęła się trochę dalej żeby zrobić mu miejsce przy drzewku i patrzyła jak Pan Todd odpakowuje pierwszy upominek.

Part 118.

Składały się na nie zarówno wypieki Nellie jak i Sweeney'a i nie można było narzekać na ich brak. Potem tak jak mieli w zamiarach poszli spać, mimo tego, że było jeszcze sporo godzin przed północą. Oboje jednak marzyli żeby porządnie się wyspać na ten wyjątkowy w roku dzień. 
(...)
Następny dzień, aż do godziny 18 upłynął im na doprowadzaniu do porządku całego budynku i oczywiście dopracowywaniu do perfekcji ostatnich potraw jakie należało przygotować. 
W salonie rozłożyli stół, zdecydowanie wyższy od tamtego, który zawsze stał w centrum pokoju. Pojawił się na nim obrus, na środku zaś stroik i świeczki. Krzesła zostały ustawione po dwóch przeciwnych końcach, tak że Pani Lovett i Pan Todd nie mieli siedzieć blisko siebie, lecz za to siedzieć tak by doskonale siebie widzieć. 
Z biegiem czasu na stole pojawiały się dania, posiłki, które nie wymagały podgrzania przed spożyciem. Nie mogło również zabraknąć jemioły, która w miarę możliwości została powieszona wyżej niż nad poziomem głów. Gdy wszystko było już w miarę przygotowane, Nellie wzięła kąpiel. Uczesała swoje włosy w kok, nałożyła lekką warstwę makijażu i założyła odświętną sukienkę, zbliżoną wyglądem do tejhttp://www.bustledress.com/aab/contest/entries/victorian.contest.16.jpg. Sweeney również zadbał by jego wygląd był bardziej odmienny od codziennego. Zadbał o ułożenie swych włosów, założył elegancką kamizelkę, spodnie troszkę inne niż zwykle. Wreszcie zasiedli do stołu. Pierwszą i najważniejszą potrawą na stole była pieczona gęś z ziemniakami i brukselką. Sweeney pokroił ją i nałożył im na talerze.
- Smacznego.
Rzekli do siebie w tym samym momencie na co oboje się uśmiechnęli. Nellie przygotowywała mięso już od kilku dni, dodawała wielu przypraw, maczała je w rozmaitych sosach czego zasługą był właśnie ten wyśmienity smak. Już po tym jednym daniu Pani Lovett poczuła się naprawdę najedzona. Oparła się o krzesło i złapała się za brzuch.
- Oj chyba zaraz pęknę hehe..
Pan Todd zaśmiał się patrząc na Nellie.
- To dopiero początek, moja droga. Zobacz ile tu tego jest, kilkuosobowa rodzina by się najadła.. hehe.. Ale wyśmienite, chylę czoła.. A teraz proponuję pierwszy toast dzisiejszego wieczora.
Sięgnął po korkociąg i otworzył wino. Nalał trunek do kieliszków.
- Za wspólne święta na Fleet Street. Oby nie pierwsze i nie ostatnie
Napili się.
- A teraz możemy trochę odpocząć od jedzenia i zobaczyć co nam Mikołaj przyniósł.
Nellie idąc tą sugestią zaraz usiadła pod choinką, dołączył się do niej Sweeney. Rozdzielili prezenty i kobieta zaczęła rozpakowywać je jako pierwsza. Najpierw natrafiła na fartuszek, na którym było widoczne, że jest to jej własność.
- Ojej, jakie świetne, niczym firmowe logo i jeszcze ma taką kieszonkę na małe szpargały, które zawsze mam przy sobie..

Rozdział X. Świąteczne dni. Part 117.

Mruknął i podszedł do drzwi, zaraz miał zapukać do nich nieznajomy.
- Witam, witam. Ja w sprawie okna, wczoraj kontaktował się Pan ze mną.. że szybę należy wstawić.
Zaprezentował torbę w której najwyraźniej zabezpieczone było szkło i wpuścił mężczyznę do środka zamykając za nim drzwi.
- No tak, tak.. Zapomniałem, proszę tam na górę.
Wskazał mu dłonią przejście pomiędzy sklepem a domem i schody wiodące na górę. Szedł za nim, lecz Nellie złapała go za dłoń i zatrzymała tym samym. Szklarz zatrzymał się, lecz golibroda kazał mu iść.
- Za chwilę przyjdę.
Nellie wzięła go na bok.
- Uważaj na wartościowe rzeczy, jeśli masz jakieś na piętrze.. Takie młodziaki są sprytne. Pan Todd skinął głową na znak, że wie. Zabrał ze sobą klucze na piętro i za chwilę otworzył je. Sweeney pokazał owemu człowiekowi gdzie szyba została wybita, a ten zabrał się do pracy najpierw usuwając resztki poprzedniej szyby. Pan Todd przechadzał się po pomieszczeniu przy czym jednocześnie mógł pilnować młodzieńca, który nawet próbował zaczepiać go do rozmowy.
- Jest Pan golibrodą..? Ale zakład chyba nieczynny, prawda..? A ta dama na dole, jest Pana żoną..? Jest Pan prawdziwym szczęściarzem.
Spoglądał na Todd'a jakby naprawdę oczekiwał tego, że usłyszy odpowiedź. Golibroda tylko spoglądał przez wielkie okno na Londyn, skąd miał niesamowitą panoramę na część miasta. Słyszał pytania skierowane do niego, ale jaki był sens odpowiadać na nie osobie, której całkowicie się nie zna. Gdy szyba była już wstawiona, zapłacił mu odpowiednią należność i rzekł.
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Dziękujemy i do widzenia.
Wypuścił go przez drzwi wychodzące bezpośrednio z jego królestwa. Następnie znów je zamknął i zszedł do Pani Lovett, która w tym czasie zdążyła się przebrać.
- Liczę na to, że to już koniec wizyt na dzisiaj..
Zagarnął pościel z kanapy na lewą jej stronę i usiadł. Nellie przysiadła na fotelu.
- Oj tak.. nie śpisz całą noc, a potem świat ma do Ciebie milion spraw, nigdy nie jest na odwrót.. Może przynajmniej zrelaksujesz się w kąpieli, hm..? A potem możemy udekorować ciasteczka i iść spać..
Sweeney przeciągnął się na kanapie.
- Dokładnie.. Doskonały pomysł.
Pan Todd wziął ze sobą czyste rzeczy na zmianę, żeby się przebrać, choć najchętniej już by poszedł spać, ale nie chciał odmówić Nellie. Wziął długą, gorącą kąpiel, która w jakimś stopniu przyczyniła się do tego, że poczuł się lepiej niż wcześniej. Nawet gdy wyszedł było mu troszkę zimno, ale to tylko taki chwilowy skok temperatury. Pani Lovett wciąż siedziała na fotelu, tak jak w momencie gdy ją opuścił i czekała. 

W końcu zabrali się do dekoracji. Dziś już odpuścili sobie otwieranie sklepu, choć klienci mogli skarżyć się na jego nieregularną działalność. Nellie wraz ze Sweeney'm wyrobiła lukier na ciastka, a oprócz niego były jeszcze takie z dodatkiem cukru pudru. W efekcie słodkości na wigilijny wieczór można było już uznać za dokończone

Part 116.

Odezwała się do Sweeney'ego, który kończył właśnie swoją kawę. - Skoro zmywasz, ja się tym zajmę.
Zaraz robił już jajecznicę i nakładał na kanapki wędlinę czy ser. Nie robił ich masy, bo zaobserwował, że Pani Lovett nie je wiele, sam też nie był takim łasuchem na śniadania. Do szklanek wlał pomarańczowego soku i postawił to wszystko na stoliku. Nellie po tym jak pozmywała, przeczesała sobie włosy, chciała jakoś wyglądać. Zasiadła do stołu na przeciw golibrody.
- Mm, wygląda smacznie. Wspominałeś o książce kucharskiej swojej mamy.. To od niej nauczyłeś się tego wszystkiego..?
Napiła się soku pomarańczowego zaś Pan Todd zanim odpowiedział przełknął jajecznicę.
- Moja mama była wyśmienitą kucharką, choć nigdy nie robiła tego zawodowo.. jedynie dla rodziny i przyjaciół. Sam namówiłem ją do spisywania wszystkich swoich pomysłów.. No i jestem jedynakiem, zawsze byłem oczkiem w głowie rodziców.. Podglądałem jak mama gotuje, czasem sam próbowałem coś przyrządzać i tak już chyba zostało.. Powiem Ci, że czasem gdy próbuję coś co przyrządzisz to czuję się jak mały chłopiec przy smakołykach mamy. Tak samo jak ona masz do tego dar. Nie myślałaś może nad powiększeniem sklepu o inne lokale, stopniowo..? Mogłabyś dorobić się na tym sporo.
Spojrzał na Nellie przerywając jedzenie, wpadł na całkiem dobry pomysł. Kobieta trochę zarumieniła się na komplement o gotowaniu.
- Ach, już rozumiem.. Bardzo miło słyszeć mi takie słowa z Twoich ust.. naprawdę. Szczerze mówiąc.. nawet nigdy nie wpadło mi to do głowy.. Do organizowania sobie innego, jednego lokalu trzeba mieć więcej niż dwie ręce i jedną głowę. Z jednej strony musiałabym działać tam, szukać dobrze ulokowanego miejsca, pracowników, rejestrować wszystko i jednocześnie prowadzić wszystko tutaj aby się utrzymać i żyć na godnym poziomie. Widzisz.. gdybym teraz, choćby przez ostatnie dni nie miała pomocy w Tobie byłoby ciężko, a co dopiero mieć kilka sklepów. Pozostaje jeszcze jedna sprawa.. Staram się najlepiej jak mogę.. oczywiście, nie ma ludzi niezastąpionych, ale jednak jak sama coś przygotowuję, jestem pewna jakości.. a zaufać komuś obcemu.. Musiałabym wiedzieć, że we wszystko wkłada tyle samo serca co ja sama.. Znaleźć dobrego kucharza.. to nie takie proste.. Wiem, że mogłabym się na tym wzbogacić tak, że przez ostatnie lata mogłabym mieszkać nad morzem i nie przejmować się niczym.. ale.. najpierw muszę zatrudnić tutaj kogoś.. nie mam sumienia żeby ludzie pracowali tutaj jak w celach charytatywnych, za darmo. Dobry jest Twój pomysł, ale szanse.. marne, oj marne.
Niebawem oboje skończyli jedzenie.
- Ależ Nellie.. podchodzisz do tego jak byś była na straconej pozycji od początku.. Zawsze służę pomocą, co dwie głowy to nie jedna. Gdybyś tylko się zdecydowała.. Możesz jeszcze zawojować Londynem. Tylko przemyśl wszystko spokojnie.
Pogładził jej dłoń po czym zauważył, że znów ktoś wybiera się w ich kierunku.
- Dzisiaj wszyscy upodobali sobie Fleet Street...

Part 115.

Sweeney puknął delikatnie swoim kolanem, kolano Nellie na znak by nie zagłębiała się czasem w szczegóły tego co się stało, bo Adams była jej najbliższą przyjaciółką, ale pewne rzeczy wciąż niestety należało ukrywać.. Na twarzy przyjaciółki pojawiła się ulga.
- Naprawdę..? Boże, tak się cieszę.. A cóż takiego się wydarzyło..?
Napiła się w oczekiwaniu na odpowiedź. Lovett spojrzała na Todd'a i znów na przyjaciółkę.
- Po prostu.. jest jak jest.. cieszmy się obecnym stanem... że nikt nie będzie nam już zatruwał sobą życia.. Najlepiej zapomnieć, że taki człowiek w ogóle pojawił się na naszej drodze, choć wiele przeżyliśmy w związku z tym. Tak będzie najlepiej.
Uśmiechnęła się do niej lekko. Czuła się źle z tym, że nie mogła powiedzieć jej całej prawdy.. ale niestety.. Isabel wbrew temu kim dla niej była, nie wiedziała wielu rzeczy o tym, co było jej i Pana Todd'a sposobem na zarobki i nie mogła się tego nigdy dowiedzieć. Sweeney upił napoju w duchu ciesząc się, że Nellie nie puściła pary. Adams wtedy odezwała się do niego.
- A Ty, Sweeney.. jak się trzymasz..? Rana się już wygoiła, hm..? Gdyby coś, pamiętaj, że mam znajomości w szpitalu..
Mężczyzna przesunął palcem po miejscu w którym został ugodzony.
- Z dnia na dzień jest coraz lepiej. Z początku było strasznie. Dziękuję Isabel.
Delikatnie uśmiechnął się do niej. Może liczyła na to, że powie coś więcej, nie wiedział, ale w dalszym ciągu nie był jakimś wylewnym człowiekiem i to musiało jej wystarczyć. Zapanowała cisza. Wreszcie kobieta przeszła do tego po co tu właściwie przybyła. Gdy zaczęła składać życzenia pozostała dwójka również wstała.
- Chciałabym Wam przede wszystkim życzyć zdrowia, bo bez niego nic nie ma, a gdy jest, jesteśmy w stanie dokonać wszystkiego.. Szczęścia, byście nie ulegali urokom naszego czasem do reszty ponurego miasta.. więcej śmiechu i radości z codziennego życia. Sukcesów w życiu zawodowym. Nellie.. żeby sława Twojego sklepu rozniosła się po całym Londynie.. Sweeney.. również rozgłosu o Twoim talencie, dużej ilości dżentelmenów do golenia.. najlepiej bycia własnym szefem. Miłości.. gorącej, pięknej.. której oddacie się w pełni.. I nie zapominajcie, że być może każde z Was ma obok siebie kogoś po kim nawet może nie spodziewać się pewnych rzeczy.. Wszystkiego co najlepsze kochani!
Uściskała z osobna Panią Lovett i Pana Todda. którzy zaraz również złożyli kobiecie życzenia. Dopiła swoją kawę, zostawiła im ciasto, które specjalnie zrobiła i opuściła sklep, ponieważ spieszyła się na ostateczne świąteczne zakupy no i wciąż miała wrażenie, że przerwała im w czymś.
- Do zobaczenia, wesołych świąt.
Pani Lovett zamknęła za nią drzwi i jeszcze przez jakiś czas spoglądała przez okno póki kobieta nie zniknęła. Sweeney ucieszył się, że znów byli sami i nikt tego nie zakłócał. Nellie zaraz zaczęła krzątać się po kuchni. Musiała jeszcze pozmywać pozostałości po wczorajszym otwarciu.
- Zaraz przygotuję nam śniadanie, musisz chwilkę poczekać..

Part 114.

Schował broń z powrotem na miejsce, jak gdyby nigdy nic i zabrał się do zrzucania ziemi w wykopany grób. Nellie chwilę stała zszokowana tym co się stało, ale lepiej było zrobić tak niż potem znów żyć w stresie, że ktoś został przekupiony i wyjawił ten sekret. Przysługa ta nie mogła skończyć się inaczej dla Tima. Kobieta chwyciła drugą łopatę i pomogła w zakopywaniu. Całość przykryli jeszcze śniegiem. Gdy ktoś nie wiedział, nie można było powiedzieć, że w tym miejscu zadziało się coś niepokojącego. Ziemia została odpowiednio przyklepana, nie było śladów.
- Żegnaj Williamie McCartney'u..
Szepnęła ostatni raz w kierunku grobu po czym zabrali łopaty i ruszyli w kierunku pojazdu. Niedługo miało zacząć świtać, dlatego musieli pospieszyć się z powrotem. Sweeney zasiadł jako woźnica w dyliżansie, Nellie zaś znajdowała się zwyczajne w środku. Musieli przejechać przynajmniej kawałek i porzucić pojazd, który stracił swego pana. Cmentarz znajdował się ponad cztery mile od Fleet Street. 

Po przejechaniu ponad połowy trasy, wysiedli i udali się w kierunku domu. Dość podejrzanie wyglądało to, że mieli ze sobą łopaty, ale ich niestety porzucić nie mogli ze względu na to, że ktoś jednak mógłby po nich dojść do właściciela. Do domu dotarli dopiero około siódmej rano. Byli już tak zmęczeni, że pierwszą rzeczą, którą zrobili było położenie się do łóżek. Zasnęli na dobrą połowę dnia. 
Obudziło ich pukanie i dzwonienie do drzwi. Nellie niechętnie włożyła na swą piżamę szlafrok. Była rozczochrana i wciąż zmęczona po nocnych przygodach. Kierowała się do drzwi, a zaraz u jej boku pojawił się Sweeney w podobnym stanie. Chyba spodziewali się, że ktoś jednak przyłapał ich w nocy, jednak była to po prostu Isabel.
- Witajcie moi drodzy! Jutro wigilia, a ja dzi... Na pewno nie przeszkadzam..?
Spojrzała po Panu Toddzie i Pani Lovett, chyba dopiero wstali z łóżka i trochę poczuła się niezręcznie w tej sytuacji. Nellie przepuściła ją do środka.
- Nie, nie.. po prostu ciężka noc, dużo klientów, odsypialiśmy.. Och, Ty przecież nigdy nie przeszkadzasz. Usiądźmy. Kawy, herbaty..? A Ty Sweeney..?
Wstawiła wodę w czajniku. Sweeney ziewnął zakrywając przy tym usta.
- Ja poproszę kawę, mocną..
Isabel postawiła torbę, którą miała ze sobą na stoliku. Nie przechodzili do salonu ze względu na to, że kanapa była zaścielona.
- Mi też możesz zrobić kawy..
Pani Lovett wsypała po tyle łyżek małej czarnej do kubków ile każdy sobie życzył, niebawem zalała je wrzątkiem i postawiła każdemu na stoliku. Usiadła obok Pana Todd'a. Objęła dłońmi kubek żeby ogrzać dłonie.
- Isabel.. mam dla Ciebie radosną wieść w sam raz na święta.. nie musisz obawiać się już napaści McCartney'a. Było, minęło..

Part 113.

Sweeney udał się do swojego znajomego, który zajmował się transportem, a skoro był to znajomy Todd'a jasne było, że nie jest to człowiek, który zawracałby sobie uwagę prawem i przepisami. Za pewną sumkę przewiózł ich do najbliższego cmentarza - Tower Hamlets Cemetery. Ulice prawie już opustoszały, więc nie było paniki, że ktoś ich zauważy i doniesie policji. Sweeney zaraz po tym jak dyliżans się zatrzymał, podszedł do Tima chcąc zamienić z nim słówko.
- Mam jeszcze jedną prośbę Tim.. pomożesz mi wykopać dół na cmentarzu?
Potter zastanawiał się chwilę nad tym, aż odparł.
- W takim razie podwajam stawkę. Co Ty na to? I tak już się narażam dla Ciebie, Turpin by mnie powiesił.
Na Sweeney'u trochę zrobiło to wrażenie, że nawet taki człowiek jak Tim trząsł się przed Turpinem, czasem zastanawiał się czy wszyscy Londyńczycy są naprawdę takimi tchórzami.. Zgodził się na ofertę znajomego przy czym oboje zabrali łopaty z pojazdu. Nellie została pilnując zwłok. Trochę obawiała się, że ktoś tu zaraz przypadkiem zjawi się i zacznie węszyć, lecz w okolicy przejeżdżał tylko jeden dyliżans, a ludzie w nim chyba nawet nie zwrócili uwagi na zjawisko przy cmentarzu. 

Brak ludzi na ulicach był spowodowany nie tylko świętami, lecz również morderstwami, porwaniami, kradzieżami.. Wszystkim tym co dzieje się w mieście o tak późnej porze. Pani Lovett jakby na samo wspomnienie o tym złapała za rewolwer znajdujący się w specjalnym miejscu jakie przygotowała sobie na niego w sukni. Upewniła się, że tam jest i tym samym czuła, że w razie czego ma większe szanse z przeciwnikiem. Przysnęło jej się nawet, ale nie była to długa drzemka bo obudził ją Sweeney.
- Nellie.. wszystko gotowe.
Kobieta wysiadła przy jego pomocy z pojazdu, po czym wyjęli zwłoki jeszcze kilka razy przed tym rozglądając się czy nikogo na pewno nie ma w pobliżu. Ostatecznie to Pan Todd miał go przerzuconego przez ramię, sam już mógł sobie poradzić, a Pani Lovett towarzyszyła mu u boku. Dół został wykopany w najbliższym wejścia, rogu cmentarza. Nekropolia była naprawdę duża i lepiej było się nie zapuszczać w głąb o tej porze. Na miejscu, golibroda niezbyt starannie wrzucił tam ciało, jakieś dwa metry pod ziemię. Potter obserwował to wszystko, czekając na odpowiedni moment do przypomnienia się o swej zapłacie.
- Nic nie widziałem, nic nie słyszałem..
Mruknął do siebie. Golibroda wskazał by podszedł do niego, a stał przy niezakopanym jeszcze grobie. Tim tak zrobił. Sweeney miał już ukartowany w głowie pewien plan. Gdy mężczyzna do niego podszedł, sięgnął do kurtki niby po 100 funtów. W ich miejscu pojawił się jednak pistolet, który przystawił do serca Potter'a i wystrzelił. Ten był tak zaskoczony, że nawet nie próbował się ratować, poprzez łapanie się Sweeney'a. Siła wystrzału odrzuciła go do tyłu. Od tej chwili został już towarzyszem McCartney'a w grobie. Todd pochylił się nad nim.
- Wybacz, ale nikt nie mógł pisnąć słówka.

Part 112.

- Dobrze się czujesz..? Wyglądasz blado.. - Delikatnie wzruszył ramionami.
- Piwnica robi niemałe wrażenie.. Chodźmy, nie ma czasu na bzdury.
Skierował się ku podziemiom troszkę z miną mówiącą, żeby go stamtąd uratować. Nellie założyła rękawiczki, sama nie wiedząc czemu.
- Już idę, schodzę.
Opuściła kuchnię i podążyła za nim. Piwnica nie robiła na niej takiego wrażenia jak na golibrodzie, w końcu bywała tam często ze względu na składniki do swych wyrobów. Jedyne co mogło robić wrażenie to McCartney. Nie było jednak czasu teraz się nad tym roztkliwiać. Pani Lovett pomogła Sweeney'owi chwycić ciało tak żeby całe zmieściło się w piecu. Leżał tam twarzą do ognia, by w razie poszukiwań nikt go nie rozpoznał. 

Zamknęli piec czując przy tym ulgę, mimo że był to dopiero początek dzisiejszej drogi. Sweeney powędrował na górę po stare prześcieradło, którym mieli go owinąć, po czym przywlókł jeszcze sporawy worek w którym mieli go umieścić. Gdy Sweeney wkraczał znów do piwnicy, słyszał jak Pani Lovett prowadzi monolog, choć jakby kierowany do kogoś, zatrzymał się więc w drzwiach mając nadzieję, że pozostał niezauważony.
- ...Z początku.. byłeś takim dobrym człowiekiem WIlliamie... widziałam w Tobie swój ideał.. widziałam pierwszego mężczyznę, który mnie zauroczył.. Widziałam Benjamina Barkera.. kogoś wiecznie nieosiągalnego.. a jednak, Ty.. pokochałeś mnie do reszty.. tak starałeś się żebym też coś takiego poczuła.. żebym zaufała komuś po tym jak Sweeney nie odwzajemnił wszystkiego tego czym darzyłam jego.. Z początku byłeś taki wspaniały, jak nikt inny na świecie.. a potem.. Och los jednak czuwał nade mną i uratował mnie przed najgorszym co mogłam uczynić.. Jak mogłam być tak głupia by nie zauważać, że coś jest nie tak kiedy wychodziłeś i nie wracałeś tak długo.. jak zgrabnie mnie oszukiwałeś.. Nauczyłeś mnie tylko jednego.. że czasem warto dać komuś jeszcze jedną szansę.. Nigdy nie wybaczę Ci reszty.. Stała patrząc przez małe okienko jak ciało niedoszłego męża spala się. Było to pewnego rodzaju pożegnanie. Miała zamiar mówić dalej, ale usłyszała jakiś dźwięk i dzięki niemu poczuła się podsłuchiwana. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że za rogiem przez cały czas stał Sweeney, nasłuchując teoretycznie pożegnania, a mowy w sporej części poświęconej jego osobie. Po tym jak zamilkła odczekał jeszcze parę chwil i wszedł dalej żeby nie miała podejrzeń o podsłuchiwanie. Otworzył piec, gasząc wodą ogień.
- Chyba już wystarczy..
Zamierzał wyciągnąć ciało, lecz zorientował się, że jest na tyle gorące, że nie da się go dotknąć bez poparzenia. Musieli więc odczekać znów jakiś czas zanim wyjęli go z pieca. Kiedy to wreszcie nastąpiło, przyjrzeli się jego twarzy, która była tak spalona, że nie było możliwości rozpoznania kim był ów człowiek. Pierw rozłożyli prześcieradło na podłodze, po czym zawinęli w nie McCartney'a a potem wcisnęli do worka. Ważył już teraz mniej niż przedtem i to znacznie ułatwiało im przeniesienie go na górę.

Rozdział IX. "Pogrzeb" McCartney'a. Part 111.

Zresztą trzeba pozbyć się go jak najszybciej, w każdej chwili może czekać nas kontrola.. Paszteciki już sobie odpuszczę..
Przy ostatnim zdaniu wypowiedzianym przez kobietę, na twarzy Sweeney'a można było dostrzec cień uśmiechu. Cóż za.. świetny czas na wspominki, pomyślał. Zerknął na nią otwierając oczy.
- Masz rację. Im szybciej tym lepiej. Ale pamiętaj, że jeśli się za to weźmiemy, prawdopodobnie nie zmrużymy już oczu dzisiejszej nocy. Najbliższy cmentarz jest kawałek stąd. Las by się przydał.. Ale mam pewien pomysł.
Nachylił się troszkę do niej i powiedział o swoim planie. Mimo, że nikogo oprócz nich nie było w budynku, mówił cicho, na wypadek gdyby ściany miały uszy..
- Więc słuchaj uważnie.. teraz zejdę do piwnicy, rozpalę w piecu. Przez ten czas posprzątaj tu nieco, pozasłaniaj okna na wszelki wypadek. Niebawem wrócę po Ciebie.
Nellie narzuciła na Sweeney'a ciepłą bluzę. W piwnicy było zimno. Mimo tej dzisiejszej sytuacji wciąż troskała się o niego. Sama zrobiła to, co powiedział choć oczywiście nie było to żadnym rozkazem czy czymś w tym rodzaju. Zasłoniła wszystkie sklepowe okna, na tyle ile było to możliwe po czym zabrała się za sprzątanie ze stolików, przecieranie stołów i zmywanie wszelkich naczyń. 

Bywały takie momenty, że już prawie usypiała. Perspektywa pozbycia się ciała dzisiejszej nocy miała wrażenie ciągnąć się w nieskończoność. Sweeney w tym czasie rozpalał piec do którego za dawnych czasów trafiały wszyscy klienci golibrody. Sama piwnica nawet na nim robiła nieprzyjemne wrażenie. Miał tylko ochotę wrócić na górę i nigdy więcej się tam nie pojawiać. Była dobrym miejscem na przetrzymywanie mięsa czy innych zapasów, ale świadomość tego ile istnień ludzkich się tam przewinęło, ile odeszło na zawsze w tym piecu była przytłaczająca. Kiedyś nie robiło to na nim wrażenia, być może dlatego, że nie zaglądał tam często i kierowała nim jedynie chęć zemsty, nic poza tym. Gdy ogień w piecu osiągnął odpowiednią temperaturę, według golibrody, ten postanowił zabrać się za Williama. Musiał przebyć z nim spory kawałek, od miejsca gdzie spadł z wymyślnej konstrukcji, aż do pieca.
- No, McCartney, przedostatnia droga przed Tobą..
Zwłoki leżały twarzą do podłogi. Sweeney chwycił trupa za ręce i przeciągnął go w odpowiednie miejsce. Nie było to wcale takim łatwym zadaniem z racji tego, że arystokrata trochę ważył, a Pan Todd miał w końcu zranioną rękę, a poprzednia rana na brzuchu też dawała o sobie znać przy większym wysiłku. 
Dociągnął go do pieca. Próbował podnieść ciało, lecz nie miał wystarczająco siły i niestety musiał zwrócić się z tym do Pani Lovett. Było mu trochę głupio z tego powodu, w końcu była z nim związana i mogła jednak przeżywać to trochę bardziej niż sądził po tym co mówiła. Znalazł się w kuchni. Nellie troszkę wystraszyła się kiedy położył jej dłoń na plecach, była w trakcie zmywania.
- Spokojnie.. Potrzebuję Twojej pomocy.  - Odwróciła się wycierając ręce w ścierkę.
- Och.. Sweeney.. wszystko w porządku?

Part 110.

Byle tylko nie na zawsze. Nellie już przywiązała i przyzwyczaiła do nowego Todd'a, który nie odtrąca jej i traktuje w zupełnie inny sposób. Teraz znów potraktował ją jak zbędną rzecz.. Można było zrozumieć, że zabił dziś człowieka, że zdenerwował się tym, że zataiła coś przed nim.. lecz bez przesady.. Wielkimi krokami zbliżały się święta i nie chciała żeby taka atmosfera panowała w jej domu, zwłaszcza że wszystko przygotowywali razem i oboje cieszyli się na swoje towarzystwo. 
Sweeney zdenerwował się tym, co usłyszał od kobiety i jednocześnie mocniej uświadomiło go to w tym, że dobrze zrobił zabijając Williama. O ile można zrobić cokolwiek dobrze poprzez morderstwo.. Mężczyzna usiadł na kanapie, zamyślony i ponury jak za dawnych czasów. W jego głowie toczyła się teraz walka myśli pomiędzy tym, że Nellie chciała dobrze, a tym, że jednak nie powiedziała mu wszystkiego. Wyjął z szafki, którą zajmował czystą koszulę, a tą poplamioną krwią rzucił w kąt. Doszło do niego, że potraktował Panią Lovett w przykry sposób, lecz sporo zajęło mu to żeby podejść pod jej drzwi, zapukać i powiedzieć jedno magiczne słowo choć chyba oboje w równym stopniu byli sobie je winni. Wreszcie jednak zrobił to. Stanął w drzwiach, uchylając je.
- Mogę..?
Kobieta mruknęła na znak, że tak. Wtedy wszedł i stanął trochę przed łóżkiem, zachowując pewien dystans.
- Nellie. Chciałbym tylko Cię przeprosić za swoje zachowanie.. ale zrobiłabyś na moim miejscu podobnie.
Spojrzała na niego dalej siedząc na łóżku, wysłuchała tego co powiedział z tym, że tego ''ale'' nie powinno już tam być. Sama powiedziała to samo po czym znów rozstali się będąc w różnych pomieszczeniach. Tym razem nie padli sobie w ramiona i nie prawili długich morałów, bo nie miało to sensu gdy czuli, że w powietrzu jeszcze przez jakiś czas będzie wisieć ta sytuacja i nie było potrzeby sztucznej słodkości. 

Otworzyli dziś sklep. Odwiedziło go tak samo dużo, a może nawet więcej osób, co poprzednio. Tym razem jednak nie odwiedził ich Sędzia Turpin, być może zniechęcony ostatnim zachowaniem gospodarzy. Każdego z osobna, choć chyba Panią Lovett był zaskoczony bardziej. 
Sweeney i Nellie byli więc trochę skazani na swoje towarzystwo. Nie prosiła go o pomoc, ale sam to robił. W końcu wiedział, że sama nie jest w stanie ogarnąć mnóstwa klientów, zbierania zamówień, realizacji ich, podawania, sprzątania i pilnowania kto zapłacił, a kto nie. Tego wieczoru był tylko jeden dość oporny przypadek. Mężczyzna myślał, że uda mu się nie zapłacić, lecz Pan Todd i jego podzielna uwaga szybko zareagowały, tak że człowiek ten tylko oddał należną kwotę, narobił sobie wstydu i wyszedł. 
Lokal został zamknięty około północy. Nellie i Sweeney po zamknięciu drzwi przysiedli przy jednym ze stolików. Golibroda oparł swoją głowę o siedzenie i zamknął przy tym oczy. Nellie ziewnęła.
- Jestem taka zmęczona... ach... Panie Todd... wciąż mamy trupa w piwnicy.. Trochę męczy mnie ta świadomość..

Part 109.

- .. Poza tym.. Nellie, pytałem czy na zakupach nic się nie wydarzyło, hm?
Zerknął na kobietę uważniej. Teraz miał doskonałą okazję usłyszeć coś, co miał wrażenie było przed nim ukrywane wcześniej. Pani Lovett trochę speszona odwróciła od niego wzrok. - Było spokojnie.
Sweeney uniósł brwi ku górze i spoglądał na nią wyczekująco, co widziała kątem oka.
- No dobrze.. Co do dzisiejszego dnia nie kłamię. Nikt mnie nie zaczepiał. Po pierwszym napadzie McCartney'a.. wracałam z apteki.. Nie były to zbyt przyjemne uliczki.. Wreszcie.. pojawił się.. przycisnął mnie do ściany.. mówił coś o ślubie, o nocy poślubnej.. Ja... bałam się, nie miałam ze sobą niczego czym mogłam się obronić.. Ale puścił mnie wolno..- Bała się teraz spojrzeć na Pana Todd'a. Bała się jego reakcji na to, że nie został o tym poinformowany. Kontynuowała dalej.
- Gdy niedawno byłam na zakupach, spotkałam Isabel.. Po tym, co mi powiedziała wszystko zaczęło układać się w całość. Szantażował ją. Groził, że jeśli nie namówi mnie do ślubu z nim, pożałuje. Zakazał pomocy Tobie. I to wszystko wyjaśnia.. Och, Sweeney.. byłam tak głupia, chciałam ją nawet wtedy uderzyć.. a on ją szantażował.. Stąd wiedział, że będę tego dnia w aptece.. doskonale wiedział gdzie zwykle kupuję lekarstwa.. śledził mnie przez ten cały czas..
Nastała cisza. Pani Lovett wcisnęła się głębiej w fotel spodziewając się wybuchu Pana Todd'a. Widziała jak jego dłonie zaciskają się na poręczy fotela, a wyraz twarzy zmienia niczym niebo przed burzą. Przemówił z początku spokojnym tonem.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś?
Kobieta zamilkła. Odpowiedź była banalna. Wydawała się nawet zbyt banalna jak na ten moment, dlatego chyba lepsza była cisza. Wpatrzyła się w dywan. Sweeney wstał i pochylił się nad nią czując przypływ złości.
- Czemu mi nie powiedziałaś?!
Cała zadrżała. Miała wrażenie, że straciła obecnego Sweeney'ego i na to miejsce wkroczyła jego starsza, okropna wersja, która kiedyś nawet przyłożyła jej brzytwę do gardła. Zdołała wydobyć z siebie kilka słów.
- Nie chciałam Cię denerwować.. byłeś tego dnia ranny..
Sweeney westchnął i przespacerował się do okna.
- I naprawdę uważasz, że jakieś moje samopoczucie.. zdenerwowanie, czy nie.. jest ważniejsze od Twojego życia..? Naprawdę, Nellie? Wiedziałem, że coś przede mną ukrywasz.
Odwrócił się znów przodem do niej, opierając się o parapet. Nellie zaś odwróciła głowę w drugą stronę by uniknąć spojrzenia jego przeszywających w tym momencie oczu.
- Jeszcze coś masz mi do powiedzenia..?
Pokręciła głową.
- Dobrze. W takim razie wyjdź, chciałbym zmienić koszulę.
Wstała z fotela i zatrzymała się w miejscu, spoglądając na Todd'a. Miała zamiar coś powiedzieć, ale nie było sensu pogarszać wszystkiego.. wolała ugryźć się w język. Weszła więc do swojej sypialni, zamknęła za sobą drzwi i usiadła na łóżku rozmyślając. Chciałaby móc nie analizować zachowania Sweeney'a, ale to się działo automatycznie. Wszystko było zbyt pięknie, w pewnym momencie coś musiało się wreszcie popsuć.

piątek, 26 grudnia 2014

Part 108.

Todd pokręcił głową oznajmiając tym, że jest cały i zdrowy, wtedy tez kobieta przyniosła zaraz czajnik z kuchni z gorącą wodą i dwie filiżanki zaparzyła herbatę i przyniosła w pudełeczku kokosanki. A zaraz jedną pastylkę na ból dała Todd’owi.
– Muszę się przebrać.
Kobieta przytaknęła, lecz na razie nie było pośpiechu, oboje musieli ochłonąć, po tym co się stało.
– Kokosanki..? Hm.. lubię kokosanki.
Puścił do kobiety oczko i pochylił się nieco nad stolikiem odzywając do płci pięknej. - A na zakupach nic się nie wydarzyło..?
Spróbował jednej kokosanki, były dobre jak zawsze, poza tym Sweeney lubił kokos, a właśnie przypomniało mu się o ciastach w piekarniku i szybko wstał.
- Boże.. zapomniałem o ciastach w piekarniku..! - Pani Lovett zaraz złapała go za rękę i przyciągnęła by usiadł.
- Spokojnie, uratowałam wypieki, zaskakujesz mnie tym zaglądaniem do kuchni... Obiecaj mi, że potem zrobimy dekoracje na pierniczkach.. hm..? Takie kolorowe.
Sweeney przysiadł w fotelu i przytaknął Nellie.
- Dobrze.. inaczej chyba spaliłbym Ci piekarnik..

Part 107.

Nie wiesz.. mam nadzieje.. Skończ z nim.. i zejdź na dół.. Opatrzę Ci rękę.. Tym razem twarz cała… Jestem z Ciebie dumna… Sweeney.. być może będę wyklęta i nie trafię do nieba, kiedy będzie mój czas, ale dziękuję Ci za to co zrobiłeś.
Kobieta zaraz pocałowała policzek Sweeney’a, kiedy wspięła się na palcach by do niego dosięgnąć. Obróciła się jeszcze na William’a i widząc krew w okolicach spodni McCartney’a, uniosła brew i spojrzała z lekkim jakby uśmiechem na Todd’a, który zakasłał i cicho odparł spokojnym głosem.
– Poniosło mnie…
Spojrzeli na siebie, po czym kobieta powoli opuściła pięterko, a Sweeney zaraz opróżnił kieszenie mężczyzny, zegarka mu nie zabierał bo ktoś mógłby coś podejrzewać, lecz pieniądze, o ile dobrze myślał, to właśnie na szybę z tych pieniędzy starczyło i może by jeszcze zostało na pudełko czekoladek. A zaraz nacisnął pedał i konstrukcja z fotelem obsunęła się bardziej na leżąco, gdzie William spadł, martwy jak kłoda. 

Golibroda zaś sprzątał na piętrze podłogę, mył fotel i uprzątnął szkło. Po czym wyrzucił resztę brudnych rzeczy poprzez przejście poprzez fotel, jak trafił tam wcześniej McCartney i ślady morderstwa praktycznie zniknęły, poza wyglądem Todd’a, który powoli zszedł do Pani Lovett, która już naszykowała wszystko by mu pomóc ze zranieniem.
– Sweeney… nie musiałeś tego sprzątać.. potem bym Ci pomogła.. chodź tutaj i pokaż rękę.. to przez…?
Sweeney przysiadł w fotelu i zaraz kobieta się do niego zbliżyła, kiedy siedziała w drugim, przesunęła nieco stolik i zaraz przemywała mu rękę nad miską z wodą. Mężczyzna nieco syczał, kiedy czuł wodę w przecięciu skóry.
– To przez szybę. Ale spokojnie, nic mi nie jest.
Kobieta spojrzała przez chwilę w oczy Sweeney’a, jeszcze nie zdążyła ochłonąć po tym co się stało. Lecz z jednej strony była w niej taka pustka, lecz z drugiej miała ochotę skoczyć do góry, tańczyć, bądź napić się choćby lampki dobrego wina.
- Dobrze… Ale wytrzymaj chwilę przemyję ranę jodyną.
No i tak kobieta zaraz zadziałała, Sweeney niecierpliwie nieco siedział, ale i tak wytrzymał to najgorsze, kobieta potem owinęła mu rękę bandażem, po opatrzeniu jego reki i posmarowaniu jego ran maścią, która miała zagoić jego zranienia, które na szczęście nie były głębokie i obyło się bez szycia. Niezręcznie troszkę było w tej ciszy, Sweeney jakby znów stał się trochę małomówny, poza tym nigdy wylewny nie był, a Nellie czuła się, że ciągle śni, aż odezwała się, gładząc mężczyznę po dłoni i założyła mu na nią czystą minetkę na tą rękę, czyli rękawiczkę bez palców by jakoś ochronić mu rękę trochę tym materiałem, przy nadgarstku.
– Gotowe. Dam Ci coś przeciwbólowego.. na pewno już nigdzie nie jesteś zraniony…?

Part 106.

– Koniec z cieniem na ulicy… koniec z nachodzeniem Pani Lovett.. koniec z Tobą..!
Pani Lovett usłyszała odgłos z piętra, na co zmarszczyła czoło i zawołała Sweeney’a.
– Sweeney… gdzie jesteś..? Sweeeeeeeneeeey..! Zobacz co dobrego kupiłam…mam nadzieję, że lubisz.. takie dobre kokosanki… kiedyś sama zrobię…
Czuła, że coś się piecze w piekarniku, więc postanowiła najpierw tam zajrzeć i wyjęła ciasto i ciasteczka, które zanosiły się uroczym świątecznym zapachem, było jej miło, że Sweeney sam też potrafił buszować po kuchni i wypieki jego wyglądały na dobre tak samo jak jej. Lecz zaraz powoli postanowiła udać się na piętro, oczywiście od środka domu bo i tak można było, a kiedy była coraz bliżej słyszała, jakby ktoś tam był. A gdy tylko podeszła pod drzwi pchnęła je by je otworzyć i widziała jak Sweeney czyścił swoją brzytwę, ale nie był sam. A do tego widziała sporo krwi na jego białej koszuli. Weszła głębiej i przeszła z boku by zobaczyć kto siedzi na fotelu, a na widok William’a zakryła usta dłonią i zaraz kiedy doszła nieco do siebie, spojrzała na Sweeney’a który stał z brzytwą w dłoni, którą przecierał czystą szmatką i odparł.
– Wybacz.. ale inaczej byśmy się go nie pozbyli… włamał się tu, zniszczył szybę..
Todd spoglądał na Panią Lovett niczym tak jak kiedyś, lecz tym razem z jego oczach kryła się troska co kobieta wyczuła, ze zrobił to dla niej. Choć trudno mówić o tym, by zabić dla kogoś. Nellie podeszła nieco bliżej, gdy Sweeney schował brzytwę i popatrzyła na martwego William’a, Sweeney bał podejść się do kobiety, bo nie miał pojęcia jaka byłaby jej reakcja. Owszem mówiła o śmierci jego także, ale kiedy teraz czyn został dokonany, czy człowiek nie patrzył na to inaczej? Pani Lovett jedynie odezwała się cicho.
– Przynajmniej jeden problem z głowy.. Sweeney, przeszukaj go.. to co ma w kieszeniach.. może starczy na nową szybę.. Boże.. nie mam żadnego sentymentu do tego człowieka… mógł doprowadzić mnie, Ciebie i wszystkich do ruiny… Zwariował na moim punkcie.. niedorzeczne..
Kobieta spojrzała na Sweeney’a, gdy zerknął i on na nią po czym zbliżyła się do niego i pogładziła lekko dłonią jego dłoń, akurat podwinął się nieco jego rękaw i widziała, że miał poranioną rękę, do tego kawałek szkła, leżał zakrwawiony krwią bliżej fotela, wiec domyśliła się, że panowie się tu tłukli po pomieszczeniu.
– Nie przepraszaj mnie Sweeney… Zrobiłeś to na co sobie zasłużył… Nie przepraszaj… Jestem po prostu zaskoczona, że to stało się tak szybko.. ciągle miałam wrażenie, że za mną idzie, a on był tu z Tobą.. Sweeney… Zabierz pieniądze jakie ma…Skoro przyszedł i już nie wyjdzie, pieniądze nie będą mu potrzebne, nam za to owszem, przydadzą się. Piwnica mu się spodoba.. potem pomyślimy co z nim zrobić.. nikt go nie widział..?

Part 105.

McCartney mimo zranienia, nie był to śmiertelny cios i William odepchnął Sweeney’a od siebie, że ten aż przewrócił się na posadzkę i upadł na plecy. Will wstał i chciał kopnąć golibrodę, ale ten zdążył się przeturlać, wyjął zza siebie pistolet i wymierzył w McCartney’a odbezpieczając, go wcześniej naładował, więc aż taką gapa nie był. Arystokrata na niego spojrzał i odparł śmiejąc się pod nosem.
– Strzeli Pan do mnie Panie Todd… przecież Pan nawet nie wie, jak się tym posługiwać.. Zaśmiał się wtedy, Todd wystrzelił z pistoletu w ramię mężczyzny, celował gdzie indziej, ale wyszło jak wyszło, przynajmniej trafił.
– Ja się będą śmiał ostatni dzisiaj, Panie McCartney!
Po raz kolejny doszło pomiędzy nimi do szarpaniny, że McCartney sięgnął z posadzki po kawałek ostrza szyby i walczył z Todd’em, Obaj się poranili, Todd zranił McCartney’a po klatce piersiowej, a McCartney zranił golibrodę po jego przedramieniu, powyżej ego nadgarstka. Aż Todd usadził w fotelu McCartney’a, wycedził przez zęby.
– Za ten czas który uprzykrzasz życie kobiecie, której nie dam zrobić krzywdy.. a tym bardziej nie będzie chodziła z duszą na ramieniu po mieście, przez takiego nie poukładanego człowieka jak Ty.. następny będzie Turpin.. i jego sługus…! –
Todd bez zahamowania uderzył brzytwą McCartney’a w tętnice, że aż krew polała się na niego, jak nieco trysnęło, że skrzywił się. Lecz nie zaprzestawał, kolejny cios w okolice obojczyka, padł i w tle obił się o uszy.
– To za Panią Lovett!
Cios w klatkę piersiową i trysk krwi.
– To też za Panią Lovett!
Cios w krocze i trysk krwi.
– A to za ostatnie nasze spotkanie, kiedy ugodziłeś mnie brzytwą!
Cios w klatkę piersiową i kolejna fontanna krwi.
– Za każdego kogo oszukałeś i stanąłeś na jego drodze! Dalej uważasz, że to ja jestem nienormalnym dziwakiem? Skoro Turpin nie umie być obiektywny, to ja będę. Jego też to czeka, na tym fotelu. Poza tym powiem Ci ciekawostkę przed śmiercią, może i jestem .. dziwakiem, czasem i autystyczny nawet, lecz to co zrobiłeś Ty, nie mieści mi się w głowie..! Cios i jęk William’a, który chyba całkiem nie spodziewał się szybkiego końca swojego życia, jeszcze ostatnimi siłami, chciał go powstrzymać przed ciosem, lecz nie udało mu się.
– Too-o-odd…. Ni-eee-ee-e…
Ostatnie słowa jakie padły z ust McCartney’a były niczym szept i jęk w jednym przeciągłych i jednocześnie stopowanych sylab. Todd wymierzył brzytwą w jego serce i przekuł się przez jego ciało, by mieć pewność, że nie powstanie i nie rzuci się na niego. W końcu William przestał się ruszać i opadł z sił. Todd sprawdził jego puls na nadgarstku przez dłuższą chwilę i tak w końcu przestał poczuwać cokolwiek pod naciskiem opuszków palców. Odsunął się od ciała arystokraty i odetchnął z ulgą, wtem właśnie do sklepu wchodziła Pani Lovett, czego Sweeney nie słyszał do miał przymknięte drzwi na piętrze. Spojrzał z wrogością na William’a i odparł.

Part 104.

- Poza tym przyszedł Pan tu rozmawiać ze mną o moim stroju?
Sweney podszedł zaraz do drzwi i przesłonił je zasłonką, która wisiała odsłonięta, do tego wiało chłodem, wiec nie chciał tu zamarznąć na kość. Był wściekły za to zniszczenie szyby Pani Lovett budynku. McCartney zaraz odezwał się do Todd’a, gdy ten się do niego zbliżył i stanął przy oknie.
– Ogól mnie Todd.. spokojnie, zapłacę za usługę… Lecz sprawdzę za dwa dni, czy się stąd wyniosłeś.. rozumiesz..?
Todd nic nie odpowiedział na słowa mężczyzny, tylko skoro miał golić, to przygotowywał się do tego. Choć w jego mniemaniu było to tylko małą stratą czasu i przygotowaniem do czegoś wręcz brutalnego. Zaraz Todd wyszukał w szafce niezbędnych mu rzeczy do golenia i tak powoli zmydlił ze sobą łój, olejek kokosowy z ługiem przy czym zaczął wszystko pienić. Potem naostrzył na pas brzytwę by była jak najbardziej ostra.
– Tylko dokładnie… i bez zacięć..
Sweeney po chwili zabrał głos, kiedy położył ręcznik na szyi mężczyzny i po chwili rozprowadzał pianę po zaroście arystokraty.
– Spokojnie, jestem dokładny. Baki przycinamy?
William przytaknął głową, po czym Sweeney zabrał się do pracy i zaraz powoli golił mężczyznę, kiedy ten na chwilę mu przerwał i złapał go za przedramię.
– I wyprowadzisz się stąd.. dwa dni, więcej nie dostaniesz.. akurat pożegnasz Panią Lovett przed Gwiazdką.. jasne..?!
Golibroda zacisnął pięść na brzytwie i wycedził przez zęby.
– A co wprowadzisz się tu, niechciany..? Nie opuszczę tego miejsca, bo Ty McCartney tego sobie życzysz.. Może kiedyś wrócę tu dalej pracować jako golibroda… A Ty skończysz jak ostatni wieprz..
Arystokrata zdenerwował się na słowa Todd’a i odepchnął go od siebie, na Sweeney’u nie zrobiło to wrażenia i przystąpił do golenia znów. A McCartney mu przerywał znów ględząc swoje morały.
– Pani Lovett będzie moja.. Kocham ją i nigdy jej nie odpuszczę. Jest taka urocza, jej usta, jej oczy, szyja, ramionami, jej piersi.
Sweeney mocniej przycisnął brzytwą do skóry mężczyźni kiedy ten dalej mówił jaka to cudowna jest Pani Lovett, Sweeney w końcu na tyle mocno przycisnął brzytwą, że zranił McCartney’a w szyję. Ten prawie zerwał się z fotela, na co Todd przycisnął go z powrotem pochylając się nad nim i odparł, kiedy mężczyzna złapał go za nadgarstki i odsuwał do siebie.
– Boli..? I ma boleć.. o to mi chodziło. Lecz jeszcze nie jestem pocieszony obecnym stanem, Twojego wyglądu.. Dam Ci radę, Panie McCartney.. mimo to, nikomu jej dalej nie przekażesz, ale tak do Twojej wiadomości, nigdy nikt nie powinien przychodzić do golibrody i się z nim kłócić, kiedy siedzi na fotelu i czeka na golenie.. wiesz czemu..? Bo golibroda się może wściec i brzytwa może za bardzo przesunąć się po tętnicy.. Może nie znam się na medycynie, lecz wiem, gdzie przycisnąć by polała się krew..

Part 103.

Kiedy wszystko wyjął z komody zamknął klapę i zaraz zbiegł na parter i zaniósł prezenty do salonu pod choinkę, choć troszeczkę ciekawiło go co kobieta miała dla niego, w końcu jej paczki były dość sporę, przynajmniej te dwie. Następnie, kiedy poukładał prezenty pod choinką, pobawił się jedną bombeczką. W którymś momencie usłyszał jakby stłuczone szkło, że rozejrzał się po pomieszczeniu, myślał, że coś tutaj się stłukło, albo w kuchni, do której zaraz poszedł. Zmarszczył czoło i wrócił do salonu, wyciągając ze swojej torby brzytwę, a także zaraz i pistolet, który schował z tyłu za spodniami, pod kamizelką. Spojrzał na godzinę na swoim starym zegarku, kiedy miał wyjść ciasta, ale jeszcze było do tego czasu około 20 minut. 
Ruszył z brzytwą w dłoni na piętro, zajrzał powoli i kopnął drzwi by się otworzyły szerzej. Zaskoczyło go to, że szyba była od drzwi lekko rozbita, a pomieszczenie puste? Wszedł nieco głębiej i popatrzył na wszystko po kolei co było w pomieszczeniu, podszedł do drzwi i wyjrzał przez szybę. A po chwili jak całkiem się nie spodziewał odezwał się za nim William McCartney, przy czym Todd spojrzał oczami nieco w bok.
– Och a myślałem, że nikogo nie ma… A Ty Panie Todd.. dalej grzejesz dupsko nie na swoim, co..? Masz się stąd wynieść.. i to jeszcze przed świętami.. A najlepiej dziś..! Rozumiesz to?!
Todd spuścił głowę i spojrzał w dłoniach na swoją brzytwę, którą ukrył w swojej rękawiczce bez palców pod materiałem.
– Hm.. też wiele rzeczy bym chciał, ale nie wszystko jest możliwe.. Poza tym, czy to nie szaleństwo.. do swojej „narzeczonej” włamywać się w taki sposób..? Co to Panu daje, satysfakcje.. ja radziłbym udać się na 7 Knaresborough Place… tam by Pana polubili i kaftan bezpieczeństwa nawet dali na gwiazdkę, trochę pastylek, ciekawy pokój obity materacami.. Byłby uroczo.. tylko choinki by nie dali.. bo jeszcze igłę by Pan włożył sobie w oko.. i byłaby tragedia.
Todd odwrócił się do William’a bo bał się, że będąc odwrócony plecami, mężczyzna rzuci się na niego i znów doprowadzi go do stanu, że ledwo się ruszał. William stał i zaraz przysiadł w fotelu dla klientów, na co Sweeney dziko wręcz się uśmiechnął i zamruczał, jakby właśnie stało się coś na co ostatnio czekał. Choć nie sądził, że dokona tego jeszcze przed gwiazdką. William zaśmiał się w stronę Todd’a i odparł niczym jakby rozmarzonym głosem.
– Nie bądź żałosny Todd.. Ty byś tam trafił za nic nie robienie.. spójrz na siebie..! Te włosy..! Oczy podkrążone, że nie wiadomo czy wyspany, czy niewyspany...! Do tego te śmieszne rękawice… kamizelka która dawno nie widziała wody..
Todd zbliżył się do swojego dzisiejszego „klienta” i odparł.
– Hm.. to zaszczyt, jednak by tam trafić trzeba okazać się nietrzeźwym umysłem.. a ja jestem trzeźwy.. A mój wygląd Panu, Panie McCartney powinien być obojętny.. Przepraszam bardzo.. ale moja kamizelka jest wyprana.. i ma taki kolor… lubię ją.

Part 102.

– Dobrze. To ja przez ten czas może zrobię śniadanie…
No i jak powiedział tak się stało kobieta poszła się myć, a Sweeney szykował śniadanie, dziś zrobił po prostu kanapki z kilkoma dodatkami, a jedną kromkę chleba podzielił na pół i położył na ich talerzach, po czym nałożył na nia trochę dżemu z porzeczki. A picia zrobił herbatę z sokiem malinowym, po tym czasie jakim był u Pani Lovett bardziej był zorientowany co też takiego posiadała w kuchni.
Śniadanie zjedli razem, co każdemu smakował, w końcu Sweeney nie był człowiekiem, że kobieta miała mu usługiwać, tym bardziej, że w rezultacie sam mieszkał i jeśli sam by sobie czegoś nie zrobił, to chodziłby głodny całymi dniami. Po śniadaniu Pani Lovett poszła jeszcze po kilka rzeczy, które na dziś były jej potrzebne do potraw. 

A Sweeney przez ten czas postanowił zrobić makowiec i piernik, jednocześnie. Chciał by i on sam przyłożył się coś do tych świąt, bo pomoc kobiecie to nie to samo, rozrobienie czegoś od początku do końca. A że znalazł przepisy i wczoraj sprawdził czy są składniki, tak powoli zaczął przygotowywać ciasta. Jedno w rezultacie po pół godzinie było już w sporej okrągłej tortownicy i zaraz na koniec udekorował makowiec świątecznymi wzrokami z ciasta, na wierzch i włożył na odpowiedni czas do piekarnika.. 
Potem zajmował się piernikiem, nad którym trochę się namęczył bo ciasto było nie łatwe do wyrobienia, a Pani Lovett na dłużej zniknęła niż myślał, ale chociaż znalazł sobie zajęcie i dobrze mu szło. Do tego zostawił trochę ciasta piernikowego, na ciasteczka i ciasto przelewał w mniejsze foremki. A kiedy i drugie ciasto i ciasteczka wylądowały w piecu, tak zabrał klucze na pięterko i tam się udał, gdzie z komody, którą otworzył zaraz wyciągnął powoli prezenty dla Pani Lovett na co składał się fartuszek, który był ręcznie malowany z napisem, dedykowany jakby nie było Pani Lovett:
http://rlv.zcache.com.au/mrs_lovetts_meat_pie_emporium_apron-rfc2aad04128f475fba6d81e149e69130_v9wtf_8byvr_324.jpg Drugim prezentem była koszulka nocna, może bardziej awangardowa, niż codziennie, ale podobała mu się, była taka kobieca:http://bi.gazeta.pl/im/6/9899/z9899906K,Drozej---taniej--rozowa-koszulka-nocna.jpg Jeszcze jednym prezentem dla Pani Lovett były srebrne kolczyki z czerwonymi jak serce oczkami. Sweeney miał nadzieje, że Pani Lovett się spodobają, bo przecież nie znał jej tak bardzo: http://fc06.deviantart.net/fs70/i/2011/066/2/f/victorian_vampire_earrings_by_pinkabsinthe-d3b448n.jpg No i jeszcze kosmetyki, pozwolił sobie na wybór kwiatach zapachów, gdzie chyba godzinę czasu spędził nim cos mu się spodobało:http://www.pamperhampergifts.com.au/media/catalog/product/cache/1/image/9df78eab33525d08d6e5fb8d27136e95/m/o/mor_cosmetics_marshmallow_dream_pamper_hamper.jpg

Part 101.

– Nie płać mi za to, bo się obrażę, jestem tu z własnej woli.. mam pieniądze, nie dużo.. ale jeszcze mam… Biznes to biznes.. gdybym miał swój pewnie tez podniósłbym ceny, na ten okres i tak ludzie biegają jak w ukropie, więc szło by to taśmowo.. Uśmiechnął się do kobiety, gdy na niego patrzyła jak zaraz zmywał, poza tym chciał już się położyć, ale chciał tez by jutro rano nie było poranku zaczynającego się od mycia naczyń. Po tym jak mężczyzna zmywał, kobieta wytarła ze stołów. Powoli już kończyli, Sweeney już ziewał poza tym trochę bolała go rana, że jak już wycierał ręce po uprzątnięciu kuchni Pani Lovett odparł.
– Muszę się położyć.
Kobieta spojrzała na Sweeney’a kiedy powoli pokierował się do salonu i za nim zaraz poszła, jak tylko sprzątnęła w sklepie i umyła ręce. Todd w salonie zaraz przysiadł wygodnie na kanapie i Pani Lovett przywędrowała za nim.
– Sweeney…? Dobrze się czujesz..?
Mężczyzna przymknął powieki i odparł do kobiety, gdy zdjął z szyj chustkę, którą miał przewiązaną.
– Troszkę boli mnie rana. Czas na odpoczynek… Ty tez na pewno jesteś zmęczona.. Kobieta obeszła kanapę i stanęła za Sweeney’em po czym pogładziła go po policzku na co cicho zamruczał.
– Połóż się Sweeney.. musisz odpocząć… Ja też muszę… a jutro zobaczymy czy otworzyć sklep czy nie..
No i tak życzyli sobie dobrej nocy. Sweeney zaraz położył się na łóżku kiedy kobieta poszła wziąć kąpiel. On miał iść po niej, lecz kiedy zamknął powieki i w salonie zgasił światło, tak bardzo sen go zabrał, że potem już Pani Lovett nie miała serca go budzić, poza tym widziała, że nieco cierpiał przez sen, ale że napił się alkoholu to wolała nie podawać mu żadnych leków i jedynie nim poszła do siebie zrobiła mu okład gorący na czoło. A potem sama poszła do swojej sypialni, gdzie dość szybko zasnęła.
(…)
Do świąt nie pozostało już dużo czasu. Sweeney rano kiedy wstał, dopiero zauważył, że są od Pani Lovett prezenty pod choinką. A on jeszcze swoich tam dla kobiety nie umieścił, lecz chciał to zrobić potem, w końcu kobieta mówiła mu, że jeszcze będzie musiała wyjść, więc chciał poczekać na tą chwilę. Sweeney poszedł się tez do łazienki wykapać i przebrał się w czyste ubrania, a gdy wychodził z łazienki przywitał się z Panią Lovett.
– Dzień dobry Nellie.. Wybacz, wczoraj już chyba zasnąłem..
Kobieta uśmiechnęła się poprawiając swój szlafrok i odezwała się zaraz po tym jak ziewnęła, zakrywając dłonią usta trakcie tego czynu.
– Dzień dobry Sweeney… Nic nie szkodzi… Męczący był wczorajszy dzień… Ale dziś zobaczymy czy otworzymy sklep.. ja jeszcze muszę jednak wyjść, jak mówiłam… Zostaniesz w sklepie Sweeney…? Zamknę Cię dla bezpieczeństwa…
Mężczyzna uniósł brew na kobietę i przytaknął jej, choć troszkę poczuł się jak małe dziecko, kiedy powiedziała, że zamknie go w sklepie by nikt tutaj oczywiście niepożądany nie wszedł.

Part 100.

Todd zmarszczył czoło, znów był swoistym ponurakiem, kiedy widział tego typa, którego teraz miał przed sobą.
– Widać ma temperament… mnie to nie przeszkadza… ale straszenie dziecka.. przez sędziego.. To nieco niebezpieczne.. Myśli Pan, że dziecko rodzicom nie powie..?
Sędzia zaśmiał się przez dosłownie dwie sekundy i poklepał Todd’a po ramieniu odzywając się nieco wrogo.
– Nie boję się. Poza tym ta rodzina nie śmiałaby na mnie donieść i tak wiążą koniec z końcem.. tak samo jak Pan, Panie Todd..
Todd warknął na mężczyznę podszedł do drzwi i je otworzył kiedy wchodził kolejny klient, inni wychodzili i tym samym wskazał tym Turpinowi, że nie jest tu mile widziany. Po czym Turpin mruknął ciche..
- Dobranoc.
Po czym opuścił sklep Pani Lovett, na ten wieczór, że Todd wytarł z czoła pot, który z nerwów od godziny w sobie tłumił. Pani Lovett posłała mu lekki uśmiech, że zdołał pozbyć się sędziego i Sweeney wywiesił kartkę do napisu „Otwarte”, że „Przepraszamy, lecz dziś więcej zamówień nie przyjmujemy, czy to na wynos, czy na miejscu”. Specjalnie tak zrobił, może na tym nieco stracą, ale nie chciał by kolejny nieproszony gość się tu pojawił. Poza tym przekręcił już kluczem w zamku, by potem każdemu klientowi osobna otworzyć, by mogli wyjść, ale przynajmniej więcej już nikt nie wejdzie tutaj. W rezultacie prace skończyli dopiero piętnaście minut po 22, troszkę im się przedłużyło. Todd usiadł przy jednym stoliku i odchylił głowę do tyłu, bym zmęczony tym dniem i tym człowiekiem który ich odwiedził. Nellie przysiadła z drugiej strony stołu z butelką koniaku i szklaneczkami, w które nieco wlała alkoholu i oboje zaraz się napili.
– Musimy uważać na nich Sweeney… Dziękuję Ci, że tu jesteś.. inaczej nie wiem czy nie zachowałabym się inaczej…
Mężczyzna po chwili spojrzał na kobietę i odparł do niej, gdy postawił szklaneczkę na stole. – Tak.. tylko, ze ja Cię namówiłem do otwierania dziś sklepu… A mogliśmy tu siedzieć i mieć spokój.. bez tego dygnitarza..
Nellie zaraz zerknęła na Todd’a jakby w przemyśleniu i dotknęła jego dłoni, którą trzymał na szklaneczkę i pogładziła go po niej, tak gdzie tez miał pierścień na dłoni.
– Przestań.. bo i Ty mnie zaraz zdenerwujesz.. żartuję, na Ciebie nie jestem zła. Ale tylko mi się tu teraz nie obwiniaj.. przynajmniej dzięki Tobie dziś zarobiłam…. Ale nie myśl, że pracowałeś tu dla mnie za darmo.. Równie dobrze mógłbyś pracować w zakładzie jako golibroda.. Poza tym nie mogę Cię tak do tego ciągnąć.. bo jeszcze zajrzy tu Twój pracodawca i pomyśli, że symulujesz.. Dziękuję Sweeney.. dziś mam lepszy utarg niż z całego tygodnia. To oznacza, że nieco wrócą mi się koszty utrzymania tego budynku, czynsz i tak dalej.. Dziś można powiedzieć.. że podniosłam lekko ceny jak każdy nim otworzyliśmy sklep… Biznes to biznes.. prawda..?
Todd popatrzył na kobietę i nie wiedział co miał jej powiedzieć, na co w sumie przytaknął i zaraz powoli wstał, sprzątając ze stołów jeszcze pozostawione talerze i szklanki.

Part 99.

Mężczyzna warknął cicho kiedy spojrzał na Turpina, siedzącego i pałającego się z tego, że został kolejnym skorumpowanym człowiekiem tego miasta, po raz pewnie taki, że nie dało się tego zliczyć. Sweeney odezwał się do kobiety i skrzyżował ręce na klatce piersiowej.
– Ja nie mam zapędów do walki… Z McCartney’em to było co innego.. ale przy tych wszystkich ludziach, poza tym tylko bym narobił sobie kłopotów.. i prze okazji Tobie.. Czego on chce, uważa, że pójdziesz z nim na bal.. bo mu się zachciało swatać Cię z wariatem..? William to wariat, trzeba nazwać sprawę po imieniu i przysięgam, że jeśli kolejny raz tu przyjdzie, to stąd nigdy więcej nie wyjdzie.. a Ty mi na pewno we wszystkim prawdy nie mówisz… Nie będę tego w tej chwili roztrząsał.. ale powiem Ci, że ostatnio spotkałem się z nim i tym jego przydupa… sługusem… Chciał mnie nastraszyć.. a do tego obaj mają na Ciebie oko… Tylko teraz spokojnie.. bo inaczej jak szybko otworzyliśmy sklep, to jeszcze założy tu jakieś kary i zamknie sklep do odwołania pod byle pretekstem… Trzeba być czujnym.
Kobieta słuchała wyraźnie mężczyznę i przytaknęła mu, choć chciała rozwinąć temat, ale zaraz pojawili się nowi klienci i musieli wracać do pracy, tym bardziej, że już do zamknięcia sklepu były dwie godziny.
– Sweeney… proszę Cię tylko teraz, wytrzymajmy te dwie godziny.. błagam Cię tylko pozbądź się go jakoś.. inaczej oszaleje. Oni dwaj .. nie rozumiem.. .
Mężczyzna przytaknął i pogładził Nellie po ramieniu, po czym szepnęła już powoli udając się do kolejnych gości.
– Przyjdzie więcej ludzi, to sami go wykurzą… Nie będzie tu wiecznie siedział… -
Ruszyli powoli do pracy, Todd spisywał kolejne zamówienia, a do tego ucieszył się jak przyszedł sąsiad z jego budynku mieszkalnego z rodzinką, gdyż był z żoną i dwójką dzieci, a że nie było nigdzie miejsca, poza stolikiem Turbina to tam się dosiedli. A dzieci, że były małe to mu dokuczały i chciały by się z nimi bawił. Syn sąsiada rzucał w Turpina kulkami, na co żona z mężem uśmiechnęli się do niego przepraszająco, on to odwzajemnił, lecz po chwili wstał. A zaraz poprawił swoje ubranie sięgając po swój płaszcz i założył go. Todd obok stał i zapisywał zamówienie kolejnych gości. A Turpin pochylił się nad chłopcem i odparł oddając chłopcy kulki.
– Wiesz, że to tak nieładnie? Jak będziesz duży i popełnisz przestępstwo… zapamiętam sobie, że w sędziego Turbina rzucałeś kulkami. Wesołych świąt, chłopcze..
Uśmiechnął się do dziecka, chłopiec nieco wystraszył się słów mężczyzny, a teraz zaraz głośniej dodał do całej rodziny i wszystkim w pomieszczeniu.
– Życzę wszystkim spokojnych i wesołych świąt..! Dobranoc.. Panie Todd.. Pani Lovett.. Żegnam.
Mężczyzna odwrócił się na pięcie i powoli skierował do wyjścia, przy czym Todd akurat zaraz podchodził do klientów przy drzwiach i jeszcze Turpin go zaczepił.
– Panie Todd.. niech Pan uważa… i utemperuje Panią Lovett.. pyskata taka się zrobiła.

czwartek, 25 grudnia 2014

Part 98.

Nellie zabrała puste talerze od mężczyzny i odstawiła je do zlewu po czym wróciła tam i oparła się o krzesło. Nie zamierzała siadać póki sędzia naprawdę zaczął nalegać. Sweeney oddalił się dosłownie o metr. Nie chciał żeby Turpin pomyślał, że w jakikolwiek sposób się jego słucha, ale tak wypadało.. Miał zamiar słuchać całej rozmowy pomiędzy Nellie, a nim.. Kobieta była raczej oszczędna w słowach.
- Być może jutro będzie, jeśli zachce mi się ugotować.
Unikała jego wzroku. Za to Turpin bezczelnie patrzył jej się w dekolt, o czym doskonale wiedziała i chciała się jakoś zasłonić, ale ponczo akurat odniosła do salonu gdy zrobiło się goręcej.
- Byłbym bardzo zadowolony.. Pięknie Pani dziś wygląda, nawet taka zapracowana..
Nellie robiło się już niedobrze od tego wszystkiego, brzydziła się tego mężczyzny. Miała nadzieję, że Sweeney wkroczy w odpowiednim momencie.. Turpin czekał na jej odpowiedź, lecz gdy nie nastąpiła kontynuował.
- Mam pewną propozycję. W Wigilię Bożego Narodzenia w moim domu odbędzie się bal. Czy zgodziłaby się mi Pani towarzyszyć podczas niego..? Pan McCartney również tam będzie, podobno przechodziliście przez pewne problemy, ale wciąż jest dla Pani bliską osobą.. Zależy mi na szczęściu narzeczonych..
Wreszcie spojrzała na niego, nie mogła się od tego powstrzymać. Wstała i objęła Pana Todda jedną ręką trochę na znak tego, że nie ma żadnego McCartney'a i jednocześnie żeby powstrzymać Sweeney'ego od jakiejś gwałtownej reakcji. Próbowała się opanować, ale była naprawdę blisko wyciągnięcia broni i odpalenia z niej wprost w serce sędziego. Doskonale wiedziała co stało się z Lucy gdy poszła na taki bal.. i jeszcze miał czelność jej to proponować..? Jego zachowanie przekraczało wszelkie granice.
- Wigilię i całe święta spędzam z osobą ważniejszą od Williama McCartney'a i dla Twojej wiadomości,Turpin nie ma żadnego narzeczonego i narzeczonej. Domyślam się, że pewnie zostałeś przekupiony żeby to wszystko powiedzieć, przecież pieniądze są dla niektórych wszystkim, prawda..? A teraz wynocha.
Pokazała mu drzwi dłonią. Ten jednak nie zamierzał się stąd ruszać.
- Ależ spokojnie, droga Pani Lovett.. złość piękności szkodzi.. czyż nie mam prawa tu posiedzieć i poobserwować miasto zza okien Pani sklepu..? Czyż przyszedłem i nie zamówiłem niczego..? Zamówiłem, więc proszę mnie nie wyrzucać. Zająć się innymi klientami.. Spokojnie, bez nerwów..
Wszystko to powiedział w bardzo ironiczny sposób. Do tego wykrzywił usta w podłym uśmieszku. Zamierzał tam siedzieć choćby do zamknięcia, byle pożałowała tego, że odmówiła pójścia na bal. Wszyscy ludzie obecni w sklepie przerwali jedzenie by wpatrywać się w sytuację, która się dzieje. Nellie pociągnęła za dłoń Sweeney'ego bardziej w głąb kuchni. Czuła jak jego mięśnie się naprężają, będąc w gotowości do ataku na Turpina, jednak Nellie nie chciała kolejnej tragedii.
- Sweeney, spokojnie, musimy jakoś dać sobie z nim radę.. ale nie walczmy.

Part 97.

Atmosfera stężała, część osób prędzej niż się spodziewała skonsumowała posiłki i uiściła zapłatę w pośpiechu opuszczając sklep. Pan Todd i Pani Lovett mieli ochotę wyrzucić mężczyznę z lokalu. Oboje myśleli, że zaraz pozbawi ich wolności, dlatego byli nastawieni bojowo względem niego. Ten jednak zajął przed chwilą zwolnione miejsce przy stoliku i spojrzał w kartę menu. Sweeney podszedł by go obsłużyć.
- Czy mógłbym już przyjąć zamówienie?
Stanął nad nim i spytał wyczekująco. Turpin zastanawiał się jeszcze kilka chwil, co zaczynało doprowadzać Todd'a do szału, a w jego umyśle snuły się już rozmaite sposoby pozbawienia go życia. Wreszcie się odezwał.
- Poproszę te słynne paszteciki. Jeszcze nie miałem okazji ich spróbować. Barszcz czerwony z uszkami i makowiec.
Sweeney notował wszystko, ale jednak nie każda pozycja była na stanie.
- Barszcz z uszkami skończył się jakieś.. pięć minut temu, ale możemy zaproponować zupę grzybową..
Sweeney podał Nellie kartkę z zamówieniem by wstawiła już paszteciki do pieca. Sędzia był jednak niepocieszony faktem braku ulubionej zupy.
- Ach.. co za pech... że na grzyby mam uczulenie, a rozmawiałem z Panią Lovett ostatnio na ten temat.. Naprawdę nie ma żadnej odpowiedniej dla mnie zupy..? A Pan, Panie Todd zmienił profesję..? Golenie zbrzydło..?
Oparł się rękoma o stół i uniósł brew oczekując odpowiedzi Sweeney'a. Doskonale był świadomy złośliwego komentarza, który wyszedł z jego ust. Pan Todd póki co był jednak opanowany, nie chciał rozpoczynać bójki gdy było tutaj tak pełno ludzi, do czego osoba sędziego prowokowała.
- Niezwykle mi przykro, Panie Turpin, że Pani Lovett nie ustala menu pod Pana zachcianki. Być może blask Pańskiej osoby oświeca wszystkie inne zakamarki, oprócz Fleet Street, bo tu nie ma i nigdy nie było specjalnych świadczeń, ze względu na rzekomy autorytet.. Uśmiechnął się kącikiem ust. Celowo pominął pytanie dotyczące jego osoby. Patrzył jak Turpin przyjmuje to, co powiedział po czym zaraz podał mu niezbyt delikatnie paszteciki i kawałek makowca na oddzielnym talerzu. Po jego obsłużeniu zajął się innymi gośćmi, okazując im życzliwość jak nigdy, by Turpin się napatrzył. W międzyczasie też zamienił słówko z Nellie.
- Byłbym gotów podać mu truciznę.. Gwiazdor się dąsa, bo nie ma barszczu.. Och, straszne..
Powiedział jej na ucho. Oboje odwrócili się od gości na moment.
- Ja tak samo.. ale szkoda przez taką kanalię psuć opinię lokalu..
Po czym rozległo się wołanie sędziego "Pani Lovett.. mógłbym prosić na chwilkę..?!". Nellie przewróciła na to oczami i oboje podeszli do mężczyzny.
- Naprawdę wyśmienite paszteciki.. makowiec również.. ale szkoda, że nie ma tego barszczu.. Proszę usiąść.. A może jest szansa, że będzie jutro..? Pana nie prosiłem tutaj.

Part 96.

- Naprawdę, Nellie..? Musisz mieć świadomość, że w sprawie z McCartney'em liczy się każdy, nawet najdrobniejszy szczegół.. - Czuła się okropnie z ukrywaniem wszystkiego, ale usilnie trzymała się perspektywy jedynej rzeczy w najbliższym czasie, która zapowiadała się być spokojna.. i nie chciała jej rujnować. Była troszkę za bardzo ucieszona świętami z Panem Toddem, nawet zaślepiona tym. Nie wyobrażała sobie w tym momencie konsekwencji jakie idą z tymi kłamstwami. Odpowiedziała mu bez najmniejszego poruszenia.
- Tak. - Sweeney ufał temu co mówiła, lecz coś w środku podpowiadało mu, że to nie cała prawda.. Niestety nie mógł jej w żaden sposób zmuszać do zwierzeń.
- Powinniśmy przynajmniej poćwiczyć strzelanie.. ale kiedy, jak.. nie mam pojęcia.. - Przyjrzał się dokładniej przedmiotowi, wziął go do ręki. Schował do swoich rzeczy. Również nie miał do czynienia ze strzelaniem, ale mimo wszystko czuł się w tym pewniej i zręczniej niż którakolwiek kobieta. Cóż, miał nadzieję, że Nellie sobie poradzi gdy zajdzie taka potrzeba.
- Nawet nie spytałam.. jak się dziś czujesz..? - Zwróciła się do Sweeney'ego podczas dokańczania wkładania farszu do pierogów.
- Brzuch jeszcze trochę mnie pobolewa, ale nie jest to ból taki jak na początku, prawie się zagoiło. - Podniósł rąbek swej koszuli i pokazał jej właściwie końcową fazę gojenia rany. Dzięki maści od doktora cały proces się przyspieszył i nie był taki bolesny jak mógł być.. Pan Todd zerknął przez okno.
- Hm.. może otworzymy dziś sklep, co o tym sądzisz Nellie..? Wieczorne godziny się zbliżają, wtedy utarg jest spory... A zakupowe szaleństwo trwa w najlepsze, kręci się tutaj wielu ludzi.. pewnie nawet nie mają czasu przygotować obiadu w domu.. Więc jak, hm..? Choćby jeszcze dziś i jutro, potem możemy dać sobie spokój, bo będą święta. - Pani Lovett kleiła właśnie ostatniego pieroga, wrzuciła go do garnka do reszty i wsadziła w chłodne miejsce by za dwa dni ugotować. Umyła ręce i stanęła w oknie obok Sweeney'a.
- Myślę, że.. tak, tak.. Napełnijmy im brzuchy zarabiając jak najwięcej.. hehe.. Sklep w końcu jest gotowy od kilku dni. - Sweeney założył na siebie fartuch, który wisiał w kuchni. Następnie przekręcił na drzwiach kartkę z napisem "zamknięte" na "otwarte" i przyniósł Pani Lovett jej ponczo, żeby nie zmarzła jak drzwi będą otwierać się i zamykać. W końcu na dworze był mróz i wciąż padał śnieg.
Szybko pojawili się pierwsi goście. Nie minęło nawet dużo czasu kiedy sklep wypełnił się po brzegi. Pyszności przyciągały aż do tego stopnia, że ludzie gromadzili się na zewnątrz by czekać aż zwolnią się jakieś miejsca. Przy pomocy kilku mężczyzn został dostawiony dodatkowy stół. Było ciasno, ale przyjemnie. Ludzie delektowali się tym co mieli na talerzach. Tak przez większość wieczoru. Dopóty,dopóki w drzwiach pojawił się Sędzia.

Rozdział VIII. Naprzykrzający się Turpin i szalony McCartney. Part 95.


- Nie, ja.. właśnie.. Yhm.. Londyn bywa wieczorami niebezpieczny, wie Pan... Myślałam żeby się zabezpieczyć... ale skoro spotkałam Pana.. może problem za jakiś czas się zmniejszy... choć na razie kolorowo nie jest. Nie wiem gdzie są władze kiedy powinny pokazywać swą skuteczność. - Spojrzała na niego dość odważnie, strach przed nim zniknął. Nie był wart żadnego stresu z jej strony. Turpin zmrużył powieki i nieco zdenerwował się tym, co powiedziała kobieta.
- Władze robią to, co w ich mocy. Jest bezpiecznie. Nie ma miast idealnych. - Zrobił kilka kroków wokół kobiety, zataczając wokół niej okrąg po czym pokazał jej pewien rewolwer. - Polecałbym ten, mam trochę doświadczenia w tym fachu. Pani Lovett to zlekceważyła, spojrzała przez okno i wycedziła przez zęby. - W czym? W zabijaniu osądzonych? Takie hobby dopełniające pracę..? - Sędzia zrobił się czerwony ze złości i warknął na nią.
- Radziłbym uważać bo inaczej nie tylko z Panem Toddem spotkam się na przesłuchaniu po świętach.. - Po czym opuścił sklep i zniknął gdzieś w tłumie. Nellie dalej spoglądała przez okno.
- Menda.. Kretyn.. Dupek.. - Wzięła w dłoń dwa rewolwery, które wydawały jej się być najbardziej adekwatne i przez chwilę nawet wyobrażała sobie jak zabija nimi McCartney'a i Turpina. Dwie największe zarazy tego miasta.
Kupiła je razem z amunicją po czym zostały zapakowane w papier, tak dla niepoznaki i Nellie wrzuciła je do swojej własnej torby. Nie miała już nic konkretnego do załatwiania i wróciła na Fleet Street. Pan Todd właśnie brał kąpiel więc miała chwilkę żeby wrzucić zakupione rzeczy głębiej pod choinkę.
Usiadła na kanapie w salonie i wyjęła z torby rewolwery. Ostrożnie rozpakowała je z papieru. Była w momencie odkładania ich na stolik gdy w drzwiach pojawił się Sweeney wycierający mokre włosy. Gdy zorientował się co trzyma w dłoniach znalazł się przy niej i to przejął..
- Nellie.. co to.. robi.. tutaj.. - Pani Lovett sięgnęła od niego broń, odłożyła na miejsce i zabrała się za wyjaśnienia wskazując mężczyźnie miejsce na kanapie obok siebie. Gdy już usiadł zaczęła opowiadać.
- A więc... spotkałam dzisiaj Turpina, mogłam mu przypadkiem podpaść.. Zresztą nie ukrywajmy, że martwię się o nas ze względu na McCartney'a, po tym co się stało. Mając to przy sobie będziemy bezpieczniejsi.. choć w ten sposób.. to skuteczniejsze niż brzytwa, czy nożyk. Jeden dla Ciebie, drugi dla mnie. - Rzuciła okiem raz jeszcze na rewolwery i przesunęła jeden bardziej w swoją stronę, drugi w jego.
- Może nie umiem się tym posługiwać póki co, ale w razie niebezpieczeństwa chyba nie postrzelę sama siebie.. - Zerknęła dobitnie na Sweeney'a zupełnie jak dziecko przekonujące rodzica, że nie zrobi sobie krzywdy. Pan Todd zamyślił się patrząc w przestrzeń, po czym również spojrzał na nią.
- Czy jest coś o czym mi nie powiedziałaś? - Walczyła by niczego po sobie nie okazać.
- Ależ nie.. nie... - Okręcił sobie włosy ręcznikiem i przysunął się bliżej niej, łapiąc jej dłonie.

Part 94.

Jesteśmy w jego sidłach... Brzydzę się nim... Musimy to skończyć, Isabel... - Kobieta przytuliła się do przyjaciółki. Dotarło do niej w jak poważnej sytuacji się znajdują, że zdrowie Pana Todda i Isabel jest zagrożone właśnie przez nią. To ona jest główną przyczyną całego tego cyrku..
- Isabel.. coś wymyślę... a teraz proszę wracaj już, nigdy nie wiemy czy William nie czai się gdzieś tutaj za rogiem.. Trzymaj się Kochana... - Kobieta przytaknęła przyjaciółce i prędko wyszła ze sklepu udając się w kierunku domu. Nellie musiała chwilę się uspokoić zanim wyszła z przymierzalni, dlatego przez chwilę siedziała tam na stołku i wyrównywała oddech. Wszystko co usłyszała było tak przytłaczające i straszne, że w mgnieniu oka świąteczny, bezpieczny azyl, który stworzyła z Panem Todd'em zburzył się. Chciała, żeby tylko w święta McCartney dał im spokój i nie zrobił nikomu krzywdy.. chociaż przez te kilka dni.
- Boże, w co ja nas wplątałam wiążąc się z nim... Nellie.. musisz się teraz uspokoić i zachować trzeźwy umysł.. Musisz być czujna. - Powiedziała do siebie biorąc kilka głębokich oddechów po czym wyszła do sklepu kontynuować zakupy, choć jej uwaga skupiała się już na wszystkim innym oprócz prezentów dla golibrody. W pośpiechu kupiła mu trzy rzeczy, ładne i praktyczne. Był to wełniany płaszcz http://ws2-media4.tchibo-content.de/newmedia/art_img/MAIN_HD-IMPORTED/4272206f0ea32a82/.jpg który wydawał się być przydatny Panu Toddowi,klasyczny, elegancki zegarek http://ws2-media2.tchibo-content.de/newmedia/art_img/MAIN_HD-IMPORTED/411558469c732a82/.jpg oraz piżamka http://ws2-media2.tchibo-content.de/newmedia/art_img/MAIN_HD-IMPORTED/4113947ebc732a82/.jpg .Miała nadzieję, że podarunki przypadną mężczyźnie do gustu. Skorzystała z zapakowania ich w papier i przyozdobienia przez sprzedawców dzięki czemu pakunki wyglądały bardzo ładnie, a ona zaoszczędziła męczarni nad tym w domu. Następnie udała się do sklepu, którego chyba żadna kobieta nie zwykła odwiedzać, ale w obliczu obecnej sytuacji.. pewne rzeczy naprawdę wydawały się być coraz bardziej potrzebne.
Był to sklep z bronią oczywiście, gdzie za odpowiednią sumkę można było ją nabyć na czarno bez pozwolenia. Wchodząc napotkała spojrzenia zdumionych mężczyzn jakby tylko oni mieli prawo się tam znajdować, ale jakoś nie zrobiło to na niej wielkiego wrażenia. Znajdowało się tam tyle rodzajów broni, że oczy nie mogły skupić się tylko na jednym. Zanim dotarła do broni strzeleckiej grała zdumioną wszystkimi przedmiotami.
Zatrzymała się przy pistoletach by dokładniej się im przyjrzeć, w końcu nie miała z tym kompletnie żadnego doświadczenia. Poczuła jak ktoś kładzie dłoń na jej barku, aż podskoczyła. Był to Sędzia Turpin..
- Witam drogą Panią Lovett ponownie... Może w czymś pomóc..? Szuka Pani czegoś konkretnego..? - Nellie prawie upuściła pistolet, który właśnie oglądała. Odłożyła go z powrotem na półkę, choć miała ochotę wycelować go wprost w Sędziego.

Part 93.

Teraz już kiedy Sweeney lepiej się czuł wrócił na kanapę, a Nellie spała ponownie w swej sypialni.
(...)
Następnego ranka, Nellie wstała dość wcześnie, ponieważ w perspektywie na dzisiejszy dzień miała świąteczne zakupy i znalezienie prezentu dla Pana Todda. Gdy sama była przygotowana, przemknęła na palcach przez salon, gdzie spał mężczyzna. Przygotowała mu śniadanie i zostawiła liścik mówiący o tym, że wyszła na zakupy by się nie martwił. Zostawiła jedną parę kluczy do sklepu i domu w kuchni, a drugą zabrała ze sobą. Oczywiście zamknęła mężczyznę, wciąż pozostawał w niej ten element strachu, że znów pojawi się tu zdolny do wszystkiego McCartney. A nawet jeśli, wierzyła, że nie jest z nim aż tak źle by wyrządzać jej szkody i wybijać okna. To w końcu była jedyna droga.
Pani Lovett udała się do sklepów i tam rozpoczęła swoje poszukiwania, które szły jej dość mizernie, w końcu pierwszy raz była z Toddem tak blisko, ale nie znała go wystarczająco tak by wiedzieć co by sobie życzył. Nie chciała prezentu, który po jakimś czasie mężczyzna rzuci w kąt. Gdy tak się rozglądała, spotkała Isabel. Również robiła zakupy, ale nie była w stanie określić dla kogo.
W każdym razie gdy tylko zbliżyły się do siebie, bo był to jeden sklep, Nellie starała się odejść jak najdalej i udawała swoje zainteresowanie dziecięcymi ciuszkami byle tylko przyjaciółka jej nie zauważyła. Isabel jednak nie znalazła się tutaj bez celu, lecz tylko by spotkać Panią Lovett. W końcu zdobyła się na odwagę i będąc w jej pobliżu, złapała ją za rękę i zaciągnęła do najbliższej przymierzalni na co Nellie nie była zbyt zadowolona.
- Puść mnie! Pomocy..! Adams, zostaw mnie..! - Kilku ludzi obejrzało się za nimi, lecz nie zareagowało. Gdy kobiety wcisnęły się już do przymierzalni, Isabel pokazała jej żeby się nie odzywała po czym sama zaczęła mówić szybkim, zdenerwowanym głosem.. - Nellie.. kochana.. musisz mi wybaczyć to jak potraktowałam Cię tydzień temu.. Słuchaj... McCartney był w moim domu i mnie szantażował! Kazał Cię przekonać do ślubu z nim, lub w innym wypadku ja i moja rodzina tego pożałuje! Nie zdajesz sobie sprawy, ale ten facet szpieguje Cię na każdym kroku. Nellie, jesteś... jesteśmy w niebezpieczeństwie... Powiedział, że dowie się kiedy pisnę Ci o nim słówko! Ale nie mogłam już wytrzymać... dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że wtedy Ci nie pomogłam... zakazał mi pomocy w sprawach związanych ze Sweeney'em.. Teraz rozumiesz..?! W żadnym wypadku nie możesz mu ulec.. ale na Boga.. to nie może się dalej ciągnąć.. Boję się.. - Pani Lovett aż zrobiło się słabo od wszystkiego co usłyszała od przyjaciółki. Oparła się o i tak już niestabilną ścianę kabiny przymierzalni.
- Boże... Już wszystko rozumiem.. Isabel.. Stąd wiedział gdzie się na mnie zaczaić kiedy wracałam z apteki... wszystko wiedział, dlatego, że byłam u Ciebie i poprosiłam o pomoc.. Nie mogę w to uwierzyć.

Part 92.

Kołysali się po salonie zgrabnie, z gracją, że nawet nie zauważyli kiedy minęła więcej niż jedna piosenka, a zapach gotowych słodkości dobiegał z kuchni.
- Ciastka...! - Nellie zostawiła Sweeney'a w salonie i zaraz znalazła się w kuchni by wyjąć ciasteczka z pieca. Te omal się nie spaliły, ale wciąż nadawały się do jedzenia. Wzięła więc ich kilka, włożyła do miseczki, którą dostała od Pana Todda i zaniosła do salonu. Kiedy wystygną będzie można je zjeść. Pan Todd nalegał by dokończyli przerwany taniec w trakcie którego mówił do kobiety. - A pamiętasz nasze ostatnie święta..? Trudno nawet nazwać je wspólnymi.. Siedziałem jak ostatni mruk na górze kiedy Ty starałaś się choćby wzbudzić we mnie iskierkę świątecznej atmosfery.. Wyobrażam sobie jak było Ci smutno kiedy musiałaś siedzieć tu sama z Toby'm i udawać przy nim, że jest Ci do śmiechu.. - Nellie dalej opierała się na ramieniu mężczyzny, a na wspomnienie o tym mimowolnie westchnęła. Czekała na to co dalej powie mężczyzna. Ostatnio miał nawyk do wspominania..
- Chcę żebyś wiedziała, że nie mam Ci tego za złe, że wyjechałaś.. sam zrobiłbym to samo gdybym był skazany na takiego człowieka jakim byłem.. Rok Twojej nieobecności wielu rzeczy mnie nauczył. Teraz chcę zacząć nowy rozdział i nie powtarzać błędów jakie popełniłem.. nie ranić Cię nigdy więcej.. - Pogłaskał ją po plecach, a ich spojrzenia spotkały się. Nellie szepnęła.
- Liczy się tylko to, co jest teraz. - Przesuwała wzrokiem po twarzy mężczyzny przy czym można było odnieść wrażenie, że przez ułamek sekundy zatrzymała się na jego ustach. Wspięła się na palcach i ucałowała go w policzek. Wreszcie zdobyła się na to gdy był całkowicie świadomy, nie podczas snu. Pana Todda bardzo ucieszył ten gest. W ramach odpoczynku przysiedli na kanapie, przy herbacie i ciasteczkach. Sweeney'emu bardzo smakowały, a Pani Lovett nie była aż tak zadowolona jakby chciała.
- Och.. przez tą chwilę nieuwagi.. przegapiłam najlepszy moment do wyjęcia.. co za niezdara.. - Zaś mężczyzna przepijał właśnie słodycze herbatą i na jej słowa przewrócił oczami.
- Przecież są pyszne, Nellie.. przestań.. jesteś straszną perfekcjonistką.. Gdyby mi nie smakowały, nie jadłbym.. - Próbował ją o tym zapewniać i ceremonialnie zjadł kolejne ciastko po czym oblizał palce. Nellie dokończyła tylko swój napój, wciąż nie była zadowolona z wypieków. Lekko kręciło jej się w głowie, po wypitym ginie, ale nie była to oznaka upicia się,tylko przyjemne rozluźnienie.
- Mniejsza z tym.. Sweeney.. byliśmy tak zabiegani, że nie dokończyliśmy ubierania choinki.. Popatrz tylko.. - Wskazała ręką na wierzch drzewka. Dzięki współpracy niedługo potem drzewko było już ubrane do końca. Przez resztę wieczoru rozmawiali, śpiewali kolędy, odpoczywali. Czas zleciał przyjemnie. Około północy udali się do spania.

Obserwatorzy

O mnie

Moje zdjęcie

Nazywam się Sweeney Todd, opisuję swoją historię życia, ze współudziałem Pani Nellie Lovett, która towarzyszy mi przez ten cały czas. Są między nami wzloty i upadki. Lecz mimo to oboje wiemy, że gdyby kogoś z nas nagle zabrakło, nie czulibyśmy tego co czujemy, gdy jesteśmy we dwoje. Niekoniecznie czasem może gdzieś obok, lecz tak mentalnie, w umyślę, wiem to i czuję to. Mamy nadzieję, że chętnie tu będziecie zaglądać i zaglądacie, by nam towarzyszyć w tej naszej dość zawiłej podróży życia.