SCM Music Player.

Bohaterowie.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Rozdział XXIV. Niepokój i strach. Part 311.

W pokoju hotelowym Nellie pomogła Sweeney’owi zdjąć z siebie ubranie wierzchni, marynarkę, jak i kamizelkę. A gdy mężczyzna usiadł na łóżku Nellie pomogła mu zdjąć buty i położyć się golibrodzie na łóżku. Widziała, że mężczyzna był wycieńczony, dlatego zaraz zagrzewała wody by dać mu się napić czegoś ciepłego, a że miała tu do tego możliwość, to tym lepiej, z początku milczeli, poza tym Sweeney praktycznie był już nieprzytomny. Ta droga tutaj z lochów wyczerpała go nawet przez jechanie dorożką, ale samo wyjście z zamku, było dla niego nie małym wyzwaniem. Kobieta zaraz przysiadła nieco na łóżku, odwrócona do mężczyzny i postawiła apteczkę na stoliczku, pogładziła mężczyznę po policzku i szepnęła zaraz rozpinając jego koszulę, tym bardziej, że widziała jak jego koszula była zabarwiona z boku na czerwono i musiała się pospieszyć z pomocą.
- Sweeney.. Kochanie..? Słyszysz mnie..? Sweeney..? – Mężczyzna nie odpowiadał, kobieta bała się o jego zdrowie, nie wiedziała, jakie dokładnie miał obrażenia, ale gdy lekko dotknęła jego brzucha drgnął się wiedziała, że był poturbowany i bała się, żeby nie miał krwotoku wewnętrznego. Zaraz też zajmowała się jego raną na boku, dopiero kiedy była na etapie przemywania i szykowała się do oczyszczenia jego rany Sweeney uchylił lekko powiekę i szepnął do kobiety.
- Nellie… a jeśli nie ma sensu to co robisz, w tej chwili dla mnie…? – Westchnął spoglądając na kobietę, która na chwilę wstrzymała swoje czynności, nie do końca rozumiała słowa Todd’a, dlatego mężczyzna odezwał się zaraz ciszej, zaraz po jej słowach.
- Słucham..? Jak to nie ma sensu… Kochanie.. wszystko ma sens.. a Ty wyzdrowiejesz obiecuje Ci to… - Pogładziła dłonią policzek mężczyzny z czułością.
- Nellie… ja nie mam siły. Nic nie piłem i nie jadłem praktycznie przez te dni… moje ciało jest jak worek mąki, który leży tam gdzie go rzucisz… Strasznie boli mnie brzuch, podbrzusze, sam już nie wiem co… - Sweeney po chwili zaczął kasłać, że nieco pochylił się na bok i zakrył usta dłonią, na której pojawiła się plama krwi. Nellie uchyliła lekko usta i przełknęła ślinę, gdy to ujrzała. Mężczyzna oparł głowę o poduszkę i Pani Lovett pogładziła jego dłoń, zaraz powstrzymując krwawienie z jego boku, bo nastąpił jakby przypływ nowej krwi. A do tego usłyszała ciche pukanie do drzwi i to znów był mężczyzna z recepcji hotelowej, kobieta nie chciała go teraz tutaj, a już na pewno właśnie nie teraz! Po chwili usłyszała głos za drzwiami i widząc stan ukochanego jednak może ten człowiek z hotelu mógłby jej jakoś pomóc.
- Doby wieczór Pani Lovett… Chciałem tylko spytać czy wszystko w porządku? – Nellie spojrzała na Sweeney’a, który już nie miał z nią kontaktu. Nellie podeszła szybko do drzwi i otworzyła je z zamka uchylając nieco i spojrzała na mężczyznę, który przyniósł jej dzbanek z gorącą herbatą.
- Dobry wieczór Panu… Ech, nie… Może mi Pan pomóc…? Zna Pan jakiegoś lekarza.. bądź czy szpital stąd jest daleko…? – Kobieta spoglądała na mężczyzne, który zmarszczył czoło widział krew na jej szyi i myślał, że właśnie w związku z tym potrzebowała pomocy.
- Och jest Pani ranna… oczywiście, że pomogę.. – Kobieta wpuściła go do pokoju, gdzie zaraz mężczyzna zobaczył Sweeney’a na łóżku, a Nellie odezwała się wyjaśniając.
- Potrzebuję lekarza.. najlepiej jakiegoś chirurga… Mój narzeczony jest ciężko ranny… Mnie nic nie jest, to nic poważnego.. ale Sweeney potrzebuje pomocy kogoś profesjonalnego… Podejrzewam, że ma krwotok wewnętrzny, błagam.. Proszę mi pomóc.. On nie może czekać… Przyjechałam tu bo miałam złe przeczucie rozumie Pan, za moim narzeczonym.. który był więziony, głodzony i torturowany, poprzez widzimisię jednego mężczyzny z Londynu… nie mogę dopuścić by mój ukochany zmarł..  Kocham go.. nie pozwolę na jego odejście, proszę mi pomóc.. każda chwila się liczy.. – Mężczyzna spoglądał na Sweeney’a i zaraz podszedł do drzwi, po czym szepnął do kobiety i złapał ją za dłoń lekko ściskając swoimi dłońmi. Cóż widział, że kobieta naprawdę nie przyjechała tu w celach turystycznych, a jej narzeczony był prawdziwy, także czynił niemal honory skłonienia się jej i rzekł.
- Zrobię wszystko by Pani pomóc.. znam jednego lekarza.. szpital jest niedaleko.. ale myślę, że najlepiej by było, gdy Pani narzeczony znalazł się tam… Pod opieką… Zresztą szkoda czasu na gadanie, załatwię co się da, proszę zrobić co Pani może dopóki nie wrócę, zyskam transport, zrobię co będę mógł i wrócę jak najszybciej, proszę dać mi piętnaście minut, zaraz będę..! – Mężczyzna niemal zaraz pobiegł na parter, słychać było jak wybiegł z budynku, Nellie przez okno widziała, jak szybko zakładał płaszcz w biegu i biegł w jednym kierunku, jak i kogoś wołał do siebie. Lecz nie miała teraz czasu na spoglądanie widoku za oknem, podeszła zaraz szybko do Sweeney’a i dotknęła jego policzków dłońmi, tego się obawiała, Sweeney już był rozpalony, na jej słowa nie reagował, krwi stracił jeszcze trochę. O ile dobrze obliczyła to litr krwi na pewno stracił jak nie więcej przez ten cały czas. Starała się zatamować krwawienie jak mogła więc chustą wiązała Sweeney’a w pasie, by zatamować krwawienie, oczywiście do rany przyłożyła sporą gazę nawet potrójną, by mu pomóc. Czekała na pomoc mężczyzny z hotelu, spojrzała na zegarek, nie było go już z dziesięć minut, a Sweeney pobladł na twarzy, Nellie dotknęła jego nadgarstka i czuła słaby puls mężczyzny. Zaraz przybliżyła się do niego na łóżku, obejmując dłońmi jego policzki i spoglądała na jego smutną twarz.
- Skarbie… bądź silny, tyle już wytrzymałeś… poradzisz sobie i z tym.. Zobaczysz, dasz sobie rade, a ja jestem z Tobą.. Sweeney.. Kochanie… mam nadzieję, że chociaż słyszysz co mówię. – Nellie miała łzy w oczach, cieszyła się, że udało się jej uwolnić Sweeney’a i wydostać z uścisków tych krwiożerczych dinozaurów, ale nie sądziła chyba, że teraz jest najgorszy czas. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że jej narzeczony jest na wycieńczeniu, ale nawet nie miała jak dać mu się coś napić, jak był nieprzytomny. Jednak Sweeney na chwilę ocknął się i uchylił jedno oko leciutko, przytulając się do dłoni kobiety, gdy dotykała jego policzków. Nic nie mówił, ale za to Nellie odezwała się do niego, gładząc go po głowie, policzkach, czesała jego włosy i szeptała.
- Kochanie.. pomoc nadchodzi, zabiorę Cię do szpitala.. Ale proszę Cię wytrzymaj jeszcze trochę, nie mam zamiaru wracać do Londynu, sama, wrócę z Tobą, albo wcale..! – Kobieta niemal prawie łkała podczas tych słów. Sweeney jedynie zamruczał do Nellie, a po chwili mężczyzna z hotelu wpadł do pokoju z dwoma Panami i noszami, co Nellie zaskoczyło i spojrzała na nich nieco zszokowana. A zaraz dwaj ratownicy położyli nosze na podłodze i spojrzeli na Nellie i leżącego na łóżku Sweeney’a, po czym jeden się odezwał.
- Zabieramy Pana tak..? Panią też… Pan Thompson nam wyjaśnił co nieco. Zabieramy go. – Nellie zeszła z łóżka jak Panowie powoli zabierali Sweeney’a z łóżka na nosze i związali go by im nie spadł, oraz przykryli go uprzednio kocem. Oczywiście Pan Thompson zabrał zaraz Nellie, która oczywiście nie opierała się, bo chciała być przy Sweeney’u, zatem wkrótce znaleźli się w medycznej dorożce, a niebawem dotarli do szpitala. Gdzie Sweeney został zabrany na jedną salę, gdzie zniknął z oczy Nellie, a do kobiety podeszła Pani doktor Green, która chciała zając się jej obrażeniami, poza tym szpital już dowiedział się o ich przybyciu.
- Dobry wieczór.. Proszę ze mną.. zajmę się tą raną… Proszę.. – Doktor zabrała Nellie do gabinetu zabiegowego, gdzie wskazała jej leżankę, by na niej się położyła, a gdy to zrobiła to doktor postarała się o nieco podniesienie łóżka, do wygodniej dla niej pozycji do pracy.
- Ale ja muszę być przy Sweeney’u… mnie nic nie będzie..! To tylko lekkie zranienie… Chcę wiedzieć co się tam dzieje… - Green pogładziła Nellie po ramieniu, kiedy po chwili zakładała rękawiczki i przysiadła na krzesełku przy niej, zaraz przysunęła do siebie stoliczek na kółkach  z narzędziami i odezwała się biorąc wacik i płyn do przemycia rany Nellie.
- Spokojnie, Pani narzeczony jest w dobrych rekach, zostaliśmy powiadomieni o tym przybyciu i proszę mi wierzyć, że Pani mężczyzną zajmie się świetny chirurg. Proszę leżeć spokojnie… Nie wiem za bardzo co się stało.. przynajmniej wiem powierzchownie, ale proszę być dobrej myśli. – Doktor opatrywała Nellie, która biła się z myślami co teraz dzieje się z jej ukochanym, choć w głowie, już nawet chciała wypowiedzieć słowo „narzeczonym” w duchu wierzyła, że kiedyś to się stanie. Ale zaraz zeszła na ziemię i zastanowiła się o czym pomyślała, przecież jej ukochany był w stanie wyczerpania i na pewno nie jest mu teraz lekko. Poza tym modliła się by przeżył, tym bardziej, że słyszała za drzwiami jakieś głosy, hałasy, przez co odczuwała niepokój, a Pani doktor właśnie szyła zranienie Nellie po podaniu jej dożylnego znieczulenia miejscowego.
W tym czasie Sweeney został przewieziony do innej Sali, niż Nellie myślała, w tej gdzie ostatni raz go widziała, był mężczyzna, który wpadł pod koła dorożki.
Sweeney był na stole operacyjnym, właśnie miał przeprowadzaną operacje na narządy wewnętrzne. Mężczyzna miał usuwaną śledzionę bez niej mógł żyć, bo tu właśnie stąd tworzył się krwotok wewnętrzny, Sweeney do tego miał podawaną krew zgodnie z jego zgodnością, jaki i inne minerały jakie były mu potrzebne, na szczęście medycyna nie była już na tak kiepskim poziomie, Truro było bardzo do przodu i tworzyło dobrą opiekę dla swoich pacjentów.
Kiedy wszystko szło zgodnie z planem chirurgów i zatamowali krwawienie, choć nie była to łatwa operacja, wtedy jeden z lekarzy zauważył, że właśnie tracili Sweeney’a i przystąpili do reanimacji. Robili wszystko by go uratować, właśnie wtedy Nellie była już wolna i doktor Green, którą poprosiła o pomoc, dowiedziała się, gdzie jest Sweeney i tutaj ją przyprowadziła na korytarz, gdzie dalej lekarze walczyli o życie mężczyzny.
- Doktorze… Kończymy, to nie ma sensu… - Główny chirurg nie miał zamiaru się poddać, ale gdy słyszał słowa swojego kolegi, zerknął na niego i dalej walczył o życie swojego pacjenta.
- No dalej… wróć do nas… masz dla kogo żyć… Ta kobieta to bohater, która o niego tak zawalczyła.. Sweeney… dalej, wróć do nas… - Lekarz wierzył że Sweeney powróci do żywych, poza tym przeżywał każdą nieudaną operacje, nie miał ich wiele na swoim koncie, ale jednak, nie zamierzał dziś wracać do domu, z kolejną kreską na koncie, że nie uratował kolejnego człowieka. Poza tym jego brat był w wieku Sweeney’a i nie chciał dopuścić by Todd dziś odszedł z tego świata. Walczył do końca nie poddawał się i miał nadzieje, że Sweeney czuje to samo, mimo że jego serce już nie biło.
- Panie doktorze.. to już naprawdę nic nie daje… On nie żyje… Przykro mi.. – Doktor Froges spojrzał na głównego chirurga, który dalej się nie poddawał i próbował wskrzesić pacjenta. Po chwili odezwał się do pielęgniarki, która wycierała mu pot z czoła chusteczką.
- Proszę Podać pacjentowi pół ampułki Fenolu… - Pielęgniarka spoglądała na lekarza z niedowierzaniem, że jeszcze chce podawać leki zmarłemu na stole. Stała tak przez chwilę jak zastygła, aż lekarz odparł.
- Siostro.. Proszę podać pół ampułki Fenolu pacjentowi..! Czy ja niewyraźnie mówię…! – Pielęgniarka ocknęła się i szukała zaraz Fenolu w gablocie stojącej przy ścianie, ale tam nie było, zatem doktor kazał jej szybko przynieść lek.
Nellie była zaniepokojona, bała się tym bardziej, że widziała jak jakaś pielęgniarka wybiegła z Sali w ubraniu szpitalnym, chciała jej się spytać co się dzieje, ale nie miała takiej możliwości. Todd dopiero po dwudziestu minutach powrócił do żywych, lekarze odetchnęli i zaraz dalej zajmowali się jego zdrowiem. Skończeniem operacji, zoperowaniem jego boku, zaszyciem i oczywiście oczyszczeniem. Pielęgniarka zajmowała się jego okiem, na które używała okładów, a w rezultacie maści i zakleiła mu oko, by pod antybiotykiem jego opuchlizna zeszła. Sweeney był zoperowany, opatrzony, obandażowany, oddychał choć bardzo płytko, jeszcze jego być, albo nie był nie zapadło, miały o tym decydować kolejne 24 godziny. Golibroda został przewieziony na sale pooperacyjną, gdzie był sam, była to tak zwana intensywna terapia, więc na takich salach znajdowali się pacjenci w krytycznych stanach zdrowia. Nellie chciała tam wejść i lekarz zezwolił na to choć nie powinien, dlatego zaraz po włożeniu przez Nellie fartucha ochronnego, znalazła się przy mężczyźnie i dotknęła lekko dłoni Sweeney’a szepcząc. Oczywiście pierw przeprowadziła wywiad z lekarzem, jak wyglądał stan jej ukochanego, była przygnębiona i modliła się by przez te kolejne godziny jego stan nie pogorszył się.
- Kochanie.. jestem przy Tobie. Poradzisz sobie.. Wyjdziesz z tego i wrócimy do Londynu… Odpoczniesz sobie… weźmiesz długi urlop, może wyjedziemy gdzieś, wynajmiemy jakiś domek i nacieszymy się spokojem.. A teraz Kochanie, musisz być silny, zawalczyć, wiem, że jesteś zmęczony, wiem to… ale Skarbie, nie wyobrażam sobie zostać sama.. Kocham Cię. I nie jesteś ani tchórzem, ani ofiarą, jesteś moim bohaterem, że przeżyłeś to wszystko.

niedziela, 28 lutego 2016

Part 310.

Kobieta w dalszym ciągu przeszukiwała pęk kluczy w poszukiwaniu tego jednego, właściwego. Jednak była wstrząśnięta widokiem Sweeney'a w takim stanie i trzęsły jej się ręce, co utrudniało poszukiwania. W końcu schowała klucze do kieszeni i strzeliła w zamek rewolwerem, w wyniku czego cela została otwarta. Golibroda aż podskoczył na dźwięk broni, ale powoli zaczynało do niego dochodzić, że ratunek wreszcie nadszedł.
- Jestem tutaj Kochanie.. To nie sen, nie przywidzenia.. Wyjechałam do Truro od razu za Tobą.. Miałam zbyt złe przeczucia.. Sweeney, co oni z Tobą zrobili.. - Kobieta dotknęła jego policzka i z niepokojem przyjrzała się zranieniom na twarzy, pozostałej tam krwi czy opuchniętemu oku. Jednak bardziej martwiła ją rana na boku. Wciąż sączyła się z niej krew i wyglądało na to, że trzeba będzie ją zszyć by nie wdało się tam nic poważniejszego. Póki co nie mogła pozwolić na dalszy upływ krwi, więc po odsłonięciu ciała, umieściła w zranionym miejscu jałową gazę przyklejoną plastrami, by chociaż w jakimś stopniu zabezpieczyć ranę. - Musimy się stąd jak najszybciej wydostać.. do hotelu, tam mam wszystkie niezbędne rzeczy, które Ci pomogą.. Teraz żałuję, że nie przyszłam tu wcześniej..
- Kolejny raz mnie ratujesz.. Jak głupi chciałem tutaj jechać sam.. A gdybyś nie przyjechała Turpin pewnie wysłałby mnie pocztą w kawałkach.. Jestem beznadziejny, kolejny raz jak ostatnia ofiara.. - Sweeney zacisnął zęby, kiedy kobieta dotknęła okolic rany i wytężył zdrowe oko w spojrzeniu na ukochaną. Podziwiał ją za cały ten wysiłek, którego podjęła się dla niego.
- Nie opowiadaj mi tutaj takich bzdur Sweeney.. Nie wiedziałeś, że coś takiego będzie mieć miejsce.. Wszystko będzie dobrze, musimy się tylko stąd wydostać.. - Nellie pomagała podnieść się mężczyźnie, choć widząc jak ciężko mu to idzie zaczęła się zastanawiać nad wizytą w szpitalu. Określenie pobity było tutaj zdecydowanie zbyt małe, był skatowany. Wiedziała też, że muszą znaleźć jakiś transport do hotelu, bo na pewno nie przeszedł by takiego odcinka o własnych siłach. Todd wspomagał się przy wstawaniu rękoma o ścianę, a kiedy udało mu się stanąć całkowicie na nogi, Pani Lovett wyciągnęła z torby nóż i wręczyła go mu, na wypadek starcia z nieprzyjaciółmi.
- Widzę, że masz tutaj brzytwę, ale to jest ostrzejsze.. - Spojrzała w jego oczy, po czym zbliżyła się do ust mężczyzny, by złożyć na nich choć krótki pocałunek. Sweeney mniej zranioną ręką dotknął jej włosów. - Jestem tutaj i wspólnie damy radę.. - Niestety chwila czułości w tym ponurym miejscu została zakłócona przez Turpina i Bamforda, którzy wrócili by ostatecznie rozprawić się ze znienawidzonym golibrodą. Sędzia na sam widok otwartej celi zmrużył oczy, był zaszokowany tym widokiem, że ktoś najwyraźniej pomógł jego więźniowi. Kiedy zobaczył kto znajduje się w celi nie krył swego zdziwienia. Tej charakterystycznej burzy loków nie dało się pomylić z nikim innym.
- No, no, no..! Proszę, chwilę mnie nie było a tu już taka niespodzianka.. Gołąbeczki znów razem..? A może londyńska para dziwaków po przejściach.. W takim razie mamy kolejny kłopot, co zrobić z Panią Lovett.. przecież nie wypuścimy jej, kiedy zna tajemnicę, prawda Beadle? Choć pamiętam, że niedawno Ty chciałeś się nią zaopiekować.. Ja właściwie też mógłbym się do tego przyłączyć.. Mamy jakiś dziwny zwyczaj skłonności do partnerek Todda, nie sądzisz? - Bernard zwrócił się do swojego sługusa, który wyszczerzył żółte zęby w uśmieszku, którym stale obdarzał swego szefa jakby był to gest przyklejony do jego twarzy. Nie czekając na odpowiedź Bamforda, skinął do niego głową porozumiewawczo, po czym ten ruszył w kierunku kobiety. Nellie oczywiście była przygotowana na taką sytuację, pewnie mieliby zbyt wielkie szczęście gdyby nie pojawiła się tutaj ta para idiotów. Odwróciła się do zmierzającego w jej kierunku Bamforda, osłaniając golibrodę i wymierzyła w niego pistoletem.
- Jeszcze krok Bamford.. Nie będę żałować na ciebie kuli.. Spróbuj tylko drasnąć ciało Sweeney'ego.. a mocno pożałujesz.. - Wyglądała na dość pewną siebie, chociaż serce kobiety biło jak oszalałe przy świadomości zbliżającego się oddania strzału do człowieka, nawet takiego jak on.
- Co taka osoba jest w stanie mi zrobić.. Hm.. Kobieta.. Nie odważysz się nawet strzelić Lovett.. Widzę, że kręcą cię takie niebezpieczne sytuacje.. ale możemy to wykorzystać w zupełnie inny sposób.. Sędzia może pochwalić się ciekawą kolekcją zabawek, które na pewno ci się spodobają.. Fajnie się zabawimy w Londynie, zobaczysz.. - Mężczyzna jednak dość lekceważąco podszedł do słów Nellie i wciąż zbliżał się do niej, tylko nieco zwolnił. Turpin roześmiał się na słowa Beadle'a, a Sweeney szepnął na ucho kobiecie żeby nie krępowała się ze strzałem, chociaż było mu coraz gorzej i ledwo trzymał się na nogach.
- Albo ją dorwiesz, albo nie dostaniesz w tym miesiącu zapłaty Beadle..! - Wściekał się Sędzia na nieumiejętność podwładnego, któremu tutaj dał pole do popisu.
Golibroda czekał na odpowiedni moment by zbliżyć się do Bernarda i załatwić go tak, by mogli wreszcie wydostać się z mrocznego zamczyska.
Pani Lovett przeszła do czynu i zaskakując przeciwnika, uszkodziła mu udo, na co nieco go odrzuciło do tyłu i upadł chwytając się za zaczynające obficie krwawić miejsce. Kula ominęła tętnicę, choć było ku temu blisko.
- Dalej we mnie wątpisz obrzydliwy szczurze..? Pamiętasz jedną ze swoich wizyt w tutejszym sklepie? Całe szczęście byłam tam, słyszałam wszystko co mówisz.. I wiesz co, dziękuję ci za wszelkie niezbędne informacje, które mnie tutaj doprowadziły.. Ktoś jednak pokrzyżował wam plany.. - Nellie tym razem postawiła na własną siłę i energicznymi ruchami kopnęła Beadle'a w krocze i splot słoneczny, co wyłączyło go z gry na kilkanaście minut. Turpin tym razem nie wytrzymał i zamiast dalszego stania w miejscu, znalazł się przy kobiecie wraz ze swoim nożem, którym wcześniej ranił golibrodę i wykorzystując jej chwilowy brak skupienia szarpnął jej rękę i przyciągnął do siebie, przystawiając ostre narzędzie do szyi. Szepnął do ucha kobiety, a następnie zwrócił się do Sweeney'a.
- Jeden podejrzany ruch i poderżnę ci gardło.. I co teraz Todd? Co zrobisz nieudaczniku.. Nawet nie masz siły żeby ją ratować, co? Szkoda.. - Nellie syknęła na coraz bardziej dociskany do szyi nóż, a zaczęło być to bardziej niepokojące kiedy wyczuła przerwanie skóry. Zerknęła w kierunku Todd'a, który podniósł się z łóżka polowego, zbierając się do ataku.
- Skoro tak bardzo chcesz dorwać mnie to proszę nie angażuj w to kobiety.. Chyba, że stałeś się rodzajem takiego zera, które jest w stanie ją skrzywdzić.. Lecz wtedy obiecuję Ci, że nawet gdybym miał tutaj zginąć odwdzięczę się za jej każde zadrapanie.. - W jednej ręce miał swoją brzytwę, a w drugiej nóż. Zbliżył się w końcu do Turpina na tyle by szepnąć mu jeszcze do ucha. - Puść ją.
Bernard w końcu opuścił nóż i odepchnął Lovett od siebie, że aż prawie potknęła się o wciąż użalającego się nad sobą Beadle'a. Mężczyzna złapał ją za suknię i choć próbowała się wyrwać z tego uścisku, Bamford wykorzystał materiał by się dzięki niemu podnieść.
- Z tobą jeszcze nie skończyłem.. - Mężczyzna jednak nie był tak przygotowany na to co się tu wydarzy, na pewno nie jak Pani Lovett. Nie zabrał ze sobą nawet noża, wiedząc że to Bernard skończy z Todd'em. Miał więc do dyspozycji jedynie własną siłę - i tak już nieco pomniejszoną przez ból.
- Za to ja zaraz z tobą owszem.. - Odepchnęła go od siebie z całej siły na kraty celi, które były tak słabą konstrukcją, że poluzowały się i na ciężar otyłego Beadle'a poleciały do tyłu razem z nim, co zakończyło się jednym wielkim bolesnym upadkiem, być może łącznie ze złamaniem kości. Mężczyzna złapał się za głowę, choć i w nią mocno się uderzył. To było jak rewanż za krzywdy na golibrodzie. - I co? Boli? Ma boleć.. Dość mam tych seksistowskich tekstów.. - Tym razem użyła na nim pałki, wkładając dużo energii w okładanie go z każdej strony i trwało to kilka minut póki nie musiała zaczerpnąć większej ilości powietrza.
- Stop.. przestań..!- Bamford zasłaniał twarz w obawie przed kolejnym atakiem agresji kobiety, ale nic nie mogło mu naprawdę pomóc. Był tylko brudną, trzęsącą się kupą mięsa, do tego na utrzymaniu najbardziej zepsutego człowieka w Londynie.
- Nie przestanę, póki nie zadowoli mnie twój stan.. - Pani Lovett wkrótce miała już w rękach cegłę, którą uderzyła jego głowę by ogłuszyć go na dłużej. Po tym ukucnęła przy nim, odsłoniła prawy rękaw koszuli, wyciągnęła z torebki żyletkę, którą wycięła na przedramieniu mężczyzny napis "Gwałciciel". Starała się zrobić to jak najgłębiej, żeby zostały wyraźne ślady jej dzieła. Liczyła, że przy jakimkolwiek zbliżeniu z kobietą dostrzeże ona blizny i ocknie się, zanim stanie się jej krzywda. Brzydziła się krwi tego człowieka, ale chciała jej trochę z niego upuścić. Za wszelkie wyrządzone szkody.
W przypływie emocji nie czuła wciąż sączącej się krwi z własnej rany, ale i tak były to niewielkie ilości jak na to co mogło się tutaj przydarzyć. Zajęła się ponownie unicestwieniem Turpin'a i przez chwilę zastanawiała się jak do niego podejść, by zyskać chwilę czasu i pozbawić świadomości tak samo jak jego wiernego sługę. Panowie raz po raz zataczali naprzeciw siebie koło, atakując się póki co słownie, a głównie robił to Bernard.
- Więc to ma być nasz ostatni wspólny taniec, tak? Czekałem na to od wielu lat.. Zniknie mój największy problem, znikną kłamstwa wpajane Johannie.. Zniknie największy ponurak z Fleet Street.. Zakłóciłeś spory kawałek mojego życia.. teraz za to zapłacisz.. - Turpin splunął w okolice butów golibrody i z tą swoją wredną, niby sprytną miną wciąż zataczał koło szykując się do ataku.
- Kto tu zakłócał czyje życie.. Zgwałciłeś moją żonę, przez co popełniła samobójstwo.. zabrałeś mi córkę.. skazałeś mnie na wygnanie.. Zniszczyłeś moje życie..! Może jestem słaby dzięki twoim staraniom, ale starłbym ten wyraz z twarzy.. Plujesz? To takie.. rzeczywiście, na twoim poziomie.. Kto ci dał w ogóle tą posadkę, co? - Po tych słowach zaczęła się właściwa walka, Bernard rzucił się na Todd'a, próbując na zmianę poderżnąć mu gardło i wsadzić ostrze w brzuch. Todd jednak ze swoim refleksem był szybszy od Sędziego i kiedy tylko zyskiwał nad nim przewagę odpychał go od siebie. Ciągnące się lata nienawiści sprawiły, że nawet w podłym stanie bardzo wierzył w swoje siły w walce z wrogiem. Kolejną zaletą golibrody była doskonała znajomość anatomii człowieka, a w innych słowach ujmując - wiedział gdzie zranić by nie mieli tutaj trupa na miejscu, czego Sweeney nie chciał się dopuścić. Gdy stało się na odwrót i to Bernard zyskał przewagę, prawie pakując nóż w klatkę piersiową przeciwnika, rewolwer wystrzelił kolejny raz. Potem jeszcze kolejny. Turpin zaliczył dość bolesny upadek, zwłaszcza że celem tak jak w przypadku Beadle'a okazały się nogi.
- Chyba zapomniałeś o mnie kochany Sędzio.. - Nellie stanęła nad mężczyzną zwijającym się z bólu i uśmiechnęła się do ukochanego, który schował brzytwę do kieszeni i nie krył zadowolenia na zaistniały obrazek. - Co z nim dalej?
Sweeney obszedł przestrzeń wokół Turpina zastanawiając się co z nim dalej zrobić i ostatecznie zdecydował się zadać mu taki sam ból którego doświadczał przez ostatnie dni. Może z wyjątkiem sali tortur. Mężczyzna z całych sił kopał Sędziego, który już z braku sił przestał podejmować próby obrony. Dołączyła się do niego Nellie i tak para wyładowywała swoje negatywne uczucia na wrogu.
- To za Lucy, za Johannę.. Nellie.. i za mnie..! - Golibroda głównie skoncentrował się na brzuchu Bernarda, powodując liczne uszkodzenia w jamie brzusznej. Sędzia wkrótce w wyniku bólu stracił przytomność, dzięki czemu nie trzeba go było ogłuszać w inny sposób. Todd i Lovett usiedli na łóżku polowym, by chwilę odpocząć.
- Wszystko w porządku, Sweeney..? Znaczy.. nie zrobił Ci nic kiedy zajmowałam się Bamfordem? - Spojrzała na niego z troską, po czym wytarła swoje dłonie z cudzej krwi i dotknęła dłoni mężczyzny.
- Nie, nic mi nie zrobił..  Myślisz, że będzie żył? Pewnie wyliże się z tego o ile ktoś go tutaj znajdzie.. Głupi ma zawsze szczęście.. A teraz musimy uciekać, bo znów się ktoś napatoczy i będzie kolejny problem.. Nie ma czasu na dłuższy odpoczynek.. - Ścisnął lekko dłoń kobiety i zaczął się podnosić w czym mu pomogła. Zarzuciła jego prawą rękę na siebie, by miał podparcie w postaci jej osoby. Zabrali jeszcze torbę z własnościami golibrody i ruszyli powoli przed siebie, nie oglądając się zbytnio na nieprzytomnych przeciwników. Przemierzali dość w wolnym tempie lochy, niebawem schody wspinając się na wyższą kondygnację. To właśnie na nich stanęli oko w oko z Ernestem pędzącym przekazać informacje o wizycie policji Sędziemu i Bamfordowi.
- Todd?! Jakim cudem.. Ty.. tutaj.. To niemożliwe.. - Zastanawiało go to jakim cudem wydostał się z celi, do tego skąd wzięła się tutaj ta kobieta i co stało się z Bernardem skoro więzień uciekł.
- Pamiętasz te słowa.. Nie mam nic do ciebie, ale.. - Sweeney przystawił pistolet do piersi Ernesta, który uniósł ręce do góry. Na jego twarz wstępowała ogromna panika. - ale.. po co taka gnida ma dalej chodzić po tym i tak podłym świecie.. - Broń wystrzeliła prosto w serce mężczyzny, który upadł na schody przez co w dalszej drodze na górę musieli ominąć jego ciało. Golibroda z satysfakcją spojrzał po raz ostatni w oczy Ernesta, z których prędko uciekało życie. Tym samym bez kolejnych przeszkód na drodze nieco przyśpieszyli kroku. Znaleźli się na wyższym poziomie - dokładnie tam gdzie Nellie spotkała młodego chłopaka. Liczyła na jego spotkanie i pomoc, bo w końcu nie był po stronie Turpina. Razem z Todd'em weszli do spiżarni, skąd dochodziły odgłosy ustawiania słoików na półkach i porządkowania zawartości tego pomieszczenia. Młodzieniec znajdował się w środku, nieco wystraszył się na widok pary, ale była w jego oczach również ulga że jednak golibroda został uwolniony.
- Jeszcze raz potrzebuję twojej pomocy.. Turpin i Bamford leżą nieprzytomni w lochach, zabiliśmy kogoś po drodze.. kogoś kto był z nimi w spisku.. Teraz musimy dostać się do hotelu.. Na pewno są tu jakieś prywatne dorożki hrabiego.. Potrafiłbyś poprowadzić jedną z nich? Mogę zapłacić.. - Kobieta spojrzała błagalnym wzrokiem na młodego mężczyznę, a zaraz kazała opuścić Sweeney'owi broń, którą w niego mierzył. Dopiero wtedy chłopak nabrał większej pewności.
- Czy ja wiem.. Mój ojciec był woźnicą.. co nieco mi pokazywał.. Za 10 funtów jestem w stanie to zrobić.. o ile hotel nie znajduje się daleko.. - Widać było po nim wahanie, nie chciał zbytnio pakować się w kłopoty, ale też nie był taki egoistyczny by nie pomóc komuś, kto wyraźnie tego potrzebował. Kobieta zgodziła się na jego ofertę, a do tego poprosiła go by pomógł Todd'owi z drugiej strony, bo golibroda czuł się coraz gorzej. Głodówka, bicie i ostatnie wydarzenia teraz zaczynały mocno dawać o sobie znać. Szli przez mroczne korytarze, podtrzymując golibrodę, aż w końcu znaleźli się przy wyjściowych drzwiczkach, dzięki którym znaleźli się na zewnątrz. Chłopak pozostawił ich tam, a sam udał się do osobnego budynku gdzie zaprzągł konie do dorożki po czym podjechał dalej by zabrać swoich pasażerów. Nellie wspomogła Sweeney'a przy wejściu do środka, a gdy wreszcie ruszyli z miejsca odetchnęła. Policja wciąż była w środku, na co wskazywały ich pojazdy.
- Widzisz.. daliśmy radę, już po wszystkim.. Teraz tylko zajmiemy się Tobą i wracamy do domu Kochanie.. - Kobieta lekko wsparła głowę na ramieniu mężczyzny, a on oparł swoją głowę na niej. Był wykończony i potrzebował dłuższej rekonwalescencji, ale przynajmniej czerpał radość z tego, że Turpin nie wyszedł ze swojej gierki bez szwanku, a jeśli ktoś zdąży go uratować będzie skazany na kolejne kłamstwa przed Berta i Johanną. Cieszył się z obecności Nellie i choć może nie miał aktualnie zbyt dużo siły na okazanie jej swej wdzięczności wiedział, że to wkrótce nastąpi. W końcu zawdzięczał jej życie, bo mimo słów wypowiedzianych w lochach wcale nie zamierzał wybierać się na tamten świat. Pani Lovett również była dość zmęczona, ale mając przy sobie ukochanego przestała się denerwować, wreszcie zakończył się ten niepokój i zastąpił go wewnętrzny spokój.
Podróż nie trwała długo i po około dziesięciu minutach zatrzymali się już na miejscu, kobieta zapłaciła chłopakowi i podziękowała mu za wszelką pomoc, po czym para udała się do hotelowego pokoju.

sobota, 27 lutego 2016

Part 309.

Po powrocie do hotelu, przez Nellie kobieta powoli zaczęła przygotowywać się do misji na wieczór, kiedy się już ściemni. Spoglądała na łóżku na swój asortyment, jedynie zrobiła sobie przerwę na obiad, czy wcześniejszą kolację, ale już na ostatni posiłek niewiele była wstanie przełknąć. Przez te kilka godzin Pani Lovett starała się odpocząć, bo nie wiedziała jak potoczy się ta noc i chciała być pełna swoich sił, a tym bardziej nie być zmęczona, choć tak się czuła już z samego faktu, że nie wiedziała co ją czekać będzie w zamku.
Leżała na boku na łóżku, patrząc jak powoli się ściemniało na dworze, powoli już niebawem miała się zbierać, ale czekała aż na dworze zapadnie mrok, a wtedy w okolicach zamku, nie będzie taka widoczna. W tym czasie, gdy kobieta jeszcze przymknęła oczy na pół godziny, choć wierciła się na łóżku z tego rozgoryczenia i niewiedzy, jak ma się jej ukochany.
Do zamku wieczorem, kiedy Nellie już powoli zsuwała się z łóżka i szykowała do niecnego niedalekiego wyjścia w okolice mrocznej niewiedzy, przybyła policja do bram zamku. Trzej inspektorzy, postanowili sprawdzić zostawiony u nich anonimowy donos. Dlatego pierw przeszukali okoliczny las ze swoim wydziałem, z czego wiele spraw stanowiło dla nich zagadkę. Faktycznie zebrali tam kilka podejrzanych dowód, nawet kość, no i postanowili sprawdzić co dzieje się na zamku. Poza tym grabarz z listu ich zaciekawił, tym bardziej, że gdzie pojawiał się grabarz w mrocznych miejscach czuli jakąś niedobrą sprawę znosząca ich ku zbrodni i to ich zastanawiało. Będąc już u progu drzwi, gdzie jeden z inspektorów pukał o kołatkę w drzwi i czekali, odezwał się do swoich kolegów.
- Nie cierpię być w okolicach tego zamku.. jak można wybudować coś tam wielkiego, okropnego.. ten staruch chyba żyje już sto lat… Miejcie się na baczności… O ile wpuści nas do środka.. a jak nie to jutro postaram się o nakaz. Ten las mnie przeraża.. – Inspektor wzdrygnął, nie był może jakimś tchórzem, ale to miejsce go przerażało, lecz był sprytnym inspektorem policji i nie dawał sobie w kasze dmuchać. Jego dwaj podwładni o niższym stopniu przytaknęli głowami i jeden odparł.
- Wolę już opuścić to miejsce.. no jest tam kto..? Ile można czekać.. – Po chwili jednak drzwi się otworzyły i wyjrzał Ernest zdziwiony widokiem policji i nieco speszony. A inspektorzy zaraz pokazali swoje odznaki i główny inspektor Hadgins odparł.
- Dobry wieczór Panu. Pan wybaczy to najście… ale doszły nas słuchy o pewnych zdarzeniach i zaniepokoiły nas pewne dziwne rzeczy w lesie… Poza tym czy dziś nie było tu grabarza może? Chcielibyśmy porozmawiać z Hrabią Vermontem.  – Ernest stojąc w drzwiach, czuł jak gula w gardle stoi mu coraz wyżej, poza tym nie był skory do wpuszczenia policji do środka zamku. Obawiał się, że będą chcieli porozmawiać z Hrabią, który już wącha kwiatki, a do tego zobaczą za wiele i trzeba będzie ich zabić.
- Dobry wieczór. Naprawdę? Niemożliwe. Grabarz tutaj? Ależ skąd.. nie było tutaj żadnego, niby poco? Och trochę za późno są Panowie.. Hrabia już się położył… - Inspektor spoglądał podejrzliwie na Ernesta, poza tym wszedł na schodek wyżej i zaraz nieco przepchnął mężczyznę wchodząc z kolegami do środka i rzekł. Widząc jak Ernest denerwuje się ich przybyciem, czyli jednak coś ukrywał? Czy na ich widok się tak trząsł, może coś przeskrobał w przeszłości i unikał teraz policji jak ognia?
- Nie wiem poco.. ale niedaleko od zamku, widzieliśmy świeżo kopaną ziemię, a tam kości.. Dobrze w takim razie jutro porozmawiamy w Hrabim… a teraz jeśli Pan pozwoli rozejrzymy się po zamku… - Ernest już chciał coś powiedzieć, lecz policjanci ruszyli w jedną stronę, a zaraz wyrósł przed nimi Bamford, który chciał ich grzecznie wyprosić, ale policja nie dała się tak podebrać.
W tych samych minutach w lochach, ze Sweeney’em był Turpin, który dalej mścił się na mężczyźnie, Todd właśnie leżał w celi na wpół przytomny, gdy Turpin uderzył go po raz kolejny w brzuch i pochylił szepcząc na ucho.
- Co tam mówiłeś coś..? Czy ja coś słyszałem.. Och nadal się nie zgadzasz na moją propozycję z opuszczeniem Londynu raz na zawsze? – Sweeney zakaszlał i nic nie odpowiedział Turpinowi, czuł się okropnie, poza tym Turpin złapał mu z dwa żebra i Sweeney przez to czuł się najgorzej. Zerknął na Bernarda, kiedy ten wycierał swoją dłoń z krwi Todd’a i spoglądał na niego jak na jakiś zbędny sprzęt, który chciał wyrzucić z piwnicy. Dzień sądny nastąpił Todd.. Nienawidzę Cię, a doskonale wiem, że nie odpuścisz Johanny.. co nie jest mi na rękę, tym bardziej byś inne sprawy o mnie rozpowiedział światu… - Sweeney dalej kaszlał i podniósł się nieco do pozycji siedzącej opierając o ścianę i szepnął cicho do Turpina.
- Gadasz, gadasz i gadasz… Tym wyżywaniem się na mnie myślisz, że coś zyskasz…? To podejrzane, że z Londynu wyjechałem.. Potem Ty tu przyjechałeś… Twój sługus.. a kiedy mnie zabijesz powrócisz do Londynu, jak z jakieś wycieczki, uradowany.. mam rację? – Spoglądał na Turpina, który zaśmiał się po nieco dłuższym namyśle i znów zabrał głos, wyjmując z kieszeni marynarki nóż i zdjął z niego pochwę. Oczywiste było to, że chciał nim skrzywdzić Todd’a dziś nastawił się na jego zabicie. Sweeney nie miał nawet za bardzo siły się bronić, choć miał w kieszeni brzytwę, by jej użyć na Turpina.
W tym samym czasie Nellie ruszyła już do zamku, założyła na siebie pelerynę z grubego materiału i na głowie miała duży kaptur, przenikała szybko ulice i skręciła w kierunku zamku, zakradając się tam przez las. Oczywiście Pani Lovett była zwarta i gotowa do działania, poza tym miała przy sobie niezły asortyment broni i nie zawaha się by go użyć. Gdy dotarła bliżej zamku, dostała się do niego przez podziemia, a że jedne drzwiczki były otwarte to nie miała większego problemu by tam się dostać. Choć serce jej waliło jak dzwon odkąd tylko opuściła hotel. Miała w duchu nadzieję, że Sweeney jest cały i że po prostu zdążyła przed skrzywdzeniem go i zdąży mu pomóc, wydostać się z nim z zamku i pojechać do domu. A przede wszystkim martwiła się o to w jakim stanie był mężczyzna. Sweeney i tak dziś był już po spotkaniu z salą tortur, na szczęście połowa tam nie działała, albo była zepsuta, ale mimo to Todd tam został także poturbowany jego ubranie więc nie wyglądało najlepiej, ale przynajmniej nieco go chroniło od ran.
Turpin przymierzał się do zadania ciosu Sweeney’owi, pierw oczywiście grał na zwłokę, nie miał pojęcia nawet, że policja jest w budynku i obaj jego kompanii starają się wykurzyć inspektorów z zamku, ale nie dało się. W pewnym momencie do lochów wpadł burczący pod nosem kucharz, który miał zawiadomić Turpina, poprzez Bamforda, że policja jest w zamku.
- Panie Turpin.. Pan Bamford kazał przekazać.. że trzeba to przerwać. Policja tu jest. Węszą. – Turpin słysząc te słowa od kucharza warknął i zmarszczył czoło. Czuł, że jego plan stał pod znakiem zapytania, ale liczył na to, że kiedy się pokaże i oświadczy kim jest, to przecież policja nie posądzi sędziego o jakieś złe uczynki.
- Policja? I Ernest wpuścił tu policje.. cholera jasna… akurat teraz, kiedy jestem tu zajęty..! Dobrze.. zaraz tam przyjdę. Pod żadnym pozorem mają tu się nie dostać… - Turpin zastanawiał się przez chwilę co zrobić, no ale pomyślał, że ta chwila może jest jedyną szansa, na to by skończyć to na co od lat czekał. Pozbyć się Sweeney’a, dlatego zaraz szarpnął Sweeney’em, by go podnieść i skierował nóż, który trzymał w dłoni w jego klatkę piersiową, lecz nie przewidział tego, że Sweeney miał swoją brzytwę w reku i kiedy ten go chciał zranić to Sweeney zaatakował Turpina swoim narzędziem pracy i zranił Turpina w udo i biodro, szepcząc cicho nad uchem. Mimo to sam poczuł nóż w swoim ciele w boku, ale przynajmniej głęboko Bernard go nie zranił.
- Myślałem, że dam się od tak zabić…? Może i nie mam tu szans na przeżycie do jutra… ale przynajmniej nie będę Twoją ofiarą… Policja… i bardzo dobrze, ja ich tu serdecznie zapraszam… byś dostał za swoje, sędzio..! – Sweeney zranił Turpina jeszcze raz w biodro, a odpuścił dopiero jak sędzia go puścił i spojrzał na niego z niedowierzaniem, a gdy usłyszał jakieś stłumione głosy odparł wściekły zamykając Todd’a w celi.
- Jeszcze tu przyjdę i wtedy nie pośniesz już słowa… - Turpin jednak z tego wszystkiego zapomniał o odebraniu brzytwy golibrodzie i uciekł z lochów. Todd wtedy osunął się na podłogę i przymknął powieki opierając głowę o ścianę i odetchnął. Dotknął swojej rany na boku i syknął. Na jedno oko Todd kiepsko widział, bo miał je podbite i opuchnięte, wyglądał jak siedem nieszczęść, ale mimo to cieszył się, że przed chwilą dokonał uszczerbku na zdrowiu Bernarda. Miał tez nadzieje, że wizyta policji sprawi, że jego męki się skończą, choć zastanawiało go jakim cudem policja tu się znalazła, bo raczej nie bez powodu.
Pani Lovett, gdy dostała się do podziemi, zachowała ostrożność, powoli przemierzała podziemny korytarz, z jednego miejsca pachniało wędzarnią, więc była pewna, że niedaleko była tu spiżarnia. Korytarz nieco byś oświetlony pochodniami, ale nie wszystko się paliły. Szła mijając zakręt, zauważyła młodego człowieka idącego przed nią, który coś markocił do siebie i miał przy sobie spory worek mąki.
- Przynieś to.. wynieś tamto.. Staruch dawno nie żyje, a ja tu sterczę robiąc tylko wypieki, dla tych grubasów.. Jeden jak szczur żółte zęby ma.. a ma się za jakiegoś wielce możnego Pana… Lepiej by ta policja dowiedziała się, że kogoś tu katują na śmierć… Inaczej wszystkich tu nas pozabijają.. i ten głupi Ernest, wszystkim w tyłek wchodzi.. Jakiś sędzia od siedmiu boleści… który wszystko uknuł by zabić jakiegoś golibrodę… Oby on jeszcze żył… I kolejne bułki, chleby.. może by tak arszeniku do tego dodać… i mieć pewność, że tylko oni to zjedzą.. To byłby dobry układ.. my byśmy pozbyli się tych idiotów i mogli wyjaśnić światu, że staruch od win i dziwactw zamkowych zmarł jakiś czas temu.. Ech.. – Nellie podsłuchiwała co mówił mężczyzna, chowała się co jakiś czas w zagłębieniu murów, a po chwili dalej ruszała za chłopakiem. Aż w końcu do niego podeszła od tyłu i przysunęła mu pistolet do boku mówiąc.
- Ani słowa, piśnij to po Tobie! Słyszałam co tam szeptałeś sobie.. nie martw się, nie zrobię z tego użytku bo mam takie same zdanie jak Ty… Ale jeśli nie chcesz, mieć kłopotów ze mną… i naprawdę nie masz nic wspólnego z tym bestiami, o których mówiłeś.. to natychmiast zaprowadzisz mnie do miejsca, gdzie jest więziony ten Pan o którym mówiłeś… Golibroda.. Rozumiesz..? Ruszaj… i bez sztuczek z tą mąką…! – Młody piekarz by wystraszony pojawieniem się postaci przy nim, na słowa Nellie jedynie przytaknął, tak go zatkało, że nie wiedział co miał powiedzieć, jedynie ruszył, by ją zaprowadzić do Sweeney’a. Nie zamierzał jej krzywdzić, poza tym skoro chciała wydostać stąd golibrodę to był jak najbardziej za. Przemierzali tak korytarze, wyjrzeli zza jednego roku i ruszyli dalej, czekając aż z jednego miejsca przejdzie policja z pocącym się Bamfordem i Ernestem. Dalej ruszyli spokojnie, ale i szybciej, piekarz prowadził kobietę na wyższa kondygnacje, poprzez kolejne półmroczne korytarze. Był zmieszany, ale nie chciał kłopotów, nie zrobiłby też krzywdy Nellie, poza tym co on mógł zrobić z tą mąką, rzucić nią w nią i uciec, a ona mogła jeszcze szybciej go zastrzelić.
- Przyszła tu Pani po golibrodę? Ja nic z tym więzieniem go nie mam do czynienia.. Wiem, że go głodzą, torturują, biją i dziś czy jutro, chcieli go zabić...- Odezwał się choć tak jakby skurczył w sobie nie chciał by kobieta zrobiła mu krzywdę, zaraz tez otwierał z klucza drzwi i odezwał się do kobiety wpuszczając ją do środka, choć to jemu kazała iść pierwszemu.
- Trzymają go w lochach... Ten sędzia, chce się go pozbyć z powodu jakiejś kobiety..? Nie nie jestem wścibski, ale nie rozumiem tego... A jedyne co logiczne wpada mi do głowy, to że więzień to kochanek, kobiety Turpina..? W każdym razie nie moja sprawa.. Policja tu jest.. lepiej by przetrzepali ten zamek.. - Nellie słuchała mężczyzny i odezwała się kiedy zeszli już prawie że do lochów, gdzie mężczyzna przyłożył ucho do drzwi i sięgnął po klucze.
- To skomplikowane proszę Pana.. nie nie jest żadnym kochankiem.. tu o rodzinę Pana Todd'a chodzi.. a nie o zdrady... Co tam jest za drzwiami..? - Piekarz powoli otworzył drzwi i wpuścił Nellie do środka, nie zamierzał wchodzić do środka, nie chciał patrzeć na to co zapewne sądził, że zastane, a był strasznie wrażliwy na czyjąś krzywdę i krew.
- Lochy.. tutaj jest Pan Todd.. ja tam nie wejdę.. nie mogę... Tu już moja misja mam nadzieję, że się kończy...? - Nellie spojrzała podejrzliwie na mężczyznę, ale weszła do środka i zabrała klucze piekarzowi mówiąc spokojnie.
- Tak, jest Pan wolny, ale klucze wezmę na wszelki wypadek.. - Mężczyzna westchnął i odszedł zaraz poza tym nie wyglądał na kapusia, miał zaledwie dziewiętnaście lat, więc do śmierci nie było mu spieszno, ani kłopotów. Nellie zaraz ruszyła poprzez lochy, widząc cele, w których nie było zbyt czysto, a do tego jakiś szczur przebiegł przed nią, że aż się przeraziła. Usłyszała też czyjąś obecność tutaj, koszel, oddech dość niespokojny i to jakby ktoś chciał się podnieść, ale miał z tym trudności. Gdy dotarła bliżej tych dźwięków, zobaczyła Sweeney'a w tym przykrym stanie, aż puściła klucze z dłoni i przybliżyła się szybko do krat.
- Kochanie.. Sweeney..?! Skarbie... słyszysz mnie... - Szybko podniosła klucze i zaraz chciała dostać sie do celi szperając w zamku kluczami, ale trochę to trwało, nie mogła jednak pozwolić sobie na demonstracje każdego klucza, czy działa do zamku i chciała użyć broni, by otworzyć cele i tym samym nie zranić przy tym mężczyzny. Jej twarz była przerażona, bała się a do tego nie wyobrażała sobie, że w takim stanie zastanie Sweeney'a, który był brudny, pobity do tego stopnia, że jego twarz była posiniaczona, nawet jego dłonie były poharatane, był ranny co widziała, bo akurat obrócił się lekko w jej stronę i krew na jego ubraniu wiele wyjaśniała.
- Nellie..? Co Ty tutaj robisz...? To sen... Chyba mam już przewidzenia... - Sweeney nie wierzył, że Nellie jest tu naprawdę, miał uczucie, że albo zasnął, albo naprawdę dostał tak mocno w głowę, że miał już omamy z tego wszystkiego.

piątek, 26 lutego 2016

Part 308.

Dokładnie w tym samym czasie, gdy Turpin wyżywał się na Todd'zie, Nellie postanowiła pośpieszyć się co do swoich planów. Widok sędziego raczej nie mógł zwiastować czegoś dobrego, zwłaszcza kiedy był już tam Bamford i Bóg wie kto jeszcze uczestniczący w tym spisku. Czas nie był tutaj luksusem na który mogła sobie pozwolić. Zamierzała się zabrać do całej akcji kolejnego dnia, bardziej pod wieczór, ze względu na to że w ciemności pozostawała większa szansa na bycie niezauważoną niż w środku dnia. Najlepiej byłoby uderzyć późno w nocy.. gdyby miała tylko pewność co do tego, że właśnie wtedy czujność służby spada. Co do broni - miała już chyba wszystko, choć po dzisiejszym widoku sędziego rozważała zaopatrzenie się choćby w większą ilość noży. Za to największą perełką, która mogła sporo pomóc w obronie był zakupiony już jakiś czas temu rewolwer.  Turpin właściwie sam był świadkiem jego kupna przez kobietę, tym bardziej miała ochotę w ramach rewanżu za wszystkie szkody wpakować mu kulę prosto w głowę. Na myśl, że Sweeney'emu dzieje się w tej chwili coś złego i to z rąk tych parszywych ludzi wstępowała w nią adrenalina i chęć zadania im bolesnej śmierci.
Pani Lovett wyjęła ze swej dużej bagażowej torby materiał z zawiniątkiem jakim okazał się być rewolwer. Wyciągnęła broń z prowizorycznego opakowania, a kiedy jej skóra zetknęła się z zimnym metalem, uśmiechnęła się tajemniczo jak gdyby była bardzo świadoma swej mocy z tym narzędziem w rękach. Może nie była jakimś doświadczonym strzelcem, bo wymagało to dość sporej wprawy i dobrego oka, ale nie czuła się z bronią jakoś tragicznie. Na pewno nie należała do tego typu ludzi, którzy przez nieuwagę są w stanie postrzelić samych siebie.
Na łóżku rozłożyła wszystko co było jej potrzebne podczas całej tej wyprawy. Znalazł się tam oczywiście rewolwer, zakupiony wczoraj nóż i scyzoryk, nieco leków przeciwbólowych wraz z opaską uciskową w ramach zatamowania krwawienia oraz plany zamku, które dzielnie studiowała od kilku godzin. Nellie wolała być zwyczajnie przygotowana, gdyby wydarzyło się coś, co spowodowałoby jej szybszą podróż do zamku.
Niebawem znów wpadła w zamyślenie, sprzyjające wiecznemu niepokoju w sercu. Rozważała nawet wybranie się tam tego samego wieczoru, lecz miała jakieś przeczucie, że coś poszłoby nie tak i ostatecznie porzuciła ten pomysł. W pokoju rozległo się pukanie do drzwi, co skutecznie wyrwało ją z natłoku myśli. Podeszła do drzwi, by dowiedzieć się kto to. Jednak nie otwierała ich. Z drugiej strony odezwał się całe szczęście znajomy głos recepcjonisty.
- Pani Lovett..? To ja Michael.. Przyniosłem herbatę i ciasteczka, na poprawę humoru. Wpuści mnie pani? - Mężczyzna spytał z nutą nadziei w głosie, jakby liczył, że nowy gość hotelu w postaci Nellie nie uzna go za wariata, który ciągle ją zagaduje.
- Hm.. Tak, tak.. Proszę chwilkę poczekać.. - Kobiecie przypomniało się o całym zestawie na łóżku, dlatego szybko zagarnęła rzeczy do torby i nieco poprawiła pościel, jako że łóżko było w widocznym miejscu. Mimo, że recepcjonista był nieco wtajemniczony w jej planu, nie chciała żeby uznał ją za wariatkę planującą szalony mord w zamku, przez to co zobaczy po wejściu. W końcu otworzyła mu drzwi i Michael wszedł do środka z tacką, którą zaraz postawił na stoliczku.
- Pomyślałem, że skoro nie jest Pani w najlepszym nastroju.. może pomogę.. Czy jest coś jeszcze co mogę zrobić..? - Przyglądał się kobiecie, kiedy ta usiadła na fotelu przy stoliku, po czym zrobił to samo.
- Właściwie to nie wiem jak się Panu odwdzięczyć za całą pomoc.. to bardzo miłe, zwłaszcza że tutaj ludzie raczej nie są tacy otwarci.. Ech.. niech się pan nie obrazi, ale chyba nie mam nastroju na ten poczęstunek i rozmówki.. I tak źle mi z tym, że siedzę sobie tutaj tak bezczynnie.. Po prostu nie jestem w stanie sobie pozwolić na takie gesty.. - Nellie odwróciła wzrok od mężczyzny i cicho westchnęła. Zwyczajnie nie czuła się fair w stosunku do Sweeney'a i raczej nie zamierzała gościć go tutaj dłużej. Liczyła, że Michael wkrótce opuści jej pokój choćby ze względu na wymowną chwilę ciszy, która między nimi zapadła.
- Czy mogę chociaż dowiedzieć się kim jest osoba, którą zamierza pani uratować..? Brat, mąż, narzeczony..? Może jednak mógłbym jeszcze jakoś pomóc.. przedostać się z panią do zamku? - Recepcjonista nieco nachylił się w stronę kobiety i dotknął jej dłoni, jakby na znak okazania jej wszelkiego wsparcia, ale Nellie odsunęła od siebie jego rękę jak poparzona.
- To trochę nieprofesjonalne z pana strony. Przepraszam, ale takie odnoszę wrażenie. Jestem wdzięczna za pomoc, ale nie płaciłam nikomu za odwiedziny w pokoju.. To mój narzeczony, ale jakie to ma znaczenie dla kogoś kto to.. Dziękuję za pomoc, ale teraz chciałabym zostać sama.. - Była może nieco zbyt szczera, ale chciała spędzić ten wieczorny czas w samotności. Podkoloryzowała również względem jej związku z Todd'em, lecz głównie dlatego by zasygnalizować mężczyźnie, że nie jest w nim w jakikolwiek sposób zainteresowana, bo już zaczynała powątpiewać w jego bezinteresowne intencje pomocy.
- Racja, przepraszam.. Postąpiłem niezbyt profesjonalnie, to nie powinno mieć miejsca.. Zostawię tutaj to co przyniosłem.. A teraz życzę pani dobrej nocy. - Michael po chwili opuścił pokój w poczuciu swej porażki, a Nellie odpowiedziała mu na wieczorne pożegnanie i zamknęła za nim drzwi na klucz.
Wylała do umywalki w łazience dwie szklanki herbaty, po czym je umyła. W pokojowym barku znalazła dwie małe butelki z alkoholem, choć dopiero po przyjrzeniu się etykietkom w większym świetle poznała, że ich zawartością jest whisky. Postawiła jedną z butelek na stoliku i przez moment wpatrywała się w nią jak gdyby miała tam znaleźć odpowiedzi na wszystkie dręczące pytania. W końcu zdecydowała się na spróbowanie trunku, licząc na chociaż chwilowe rozluźnienie od nerwów.
- Wiem, że nie powinnam tego robić.. Dobrze pamiętam epizod Sweeney'a z piciem, kiedy nie układało się jeszcze pomiędzy nami najlepiej.. Lecz jestem już tak zmęczona tą sytuacją, nie mogę porządnie się wyspać nawet mimo leków.. Może chociaż to mi pomoże.. - Nellie przechyliła tą mini buteleczkę z alkoholem do ust, po czym skrzywiła się na sam smak trunku. - Chcę Cię mieć już przy sobie Kochanie.. i nigdy nie rozstawać się na dłuższy czas.. - Prędko z wnętrza butelki zniknęła cała zawartość, a kobieta wciąż lamentowała nad sytuacją, częściowo w myślach, a częściowo na głos. Bardzo mocno to wszystko przeżywała i choć nikt nie umieścił jej w lochu i nie wyżywał się fizycznie - cierpiała psychicznie i pragnęła się tego bólu w jakiś sposób pozbyć. W pewnym sensie Pani Lovett czuła się jak bohaterka książek, które tak bardzo uwielbiała czytać i nieco nadinterpretowała sytuację, którą i tak niewątpliwie należało określić mianem trudnej.
Po dopełnieniu wieczornej toalety zażyła tabletki nasenne i na uspokojenie, które z wcześniej wypitym whisky nie stanowiły zbyt dobrego połączenia dla zdrowia, ale Nellie była nieco od nich uzależniona, zwłaszcza w tak przykrym okresie, a skoro Todd'a nie było przy niej, nikt nie zwracał uwagi na to czy szprycuje się tymi niepotrzebnymi prochami, czy nie.
Sweeney zaś przeżywał dość bolesny czas od momentu pobicia przez Turpina. Wiele by dał w tym momencie za jakieś leki przeciwbólowe i opiekę Nellie, którą zawsze zapewniała mu kiedy stało się coś przykrego. Jednak leków nie zabierał ze sobą w tą podróż, nie spodziewał się tak "ciepłego" przywitania w Truro. Mężczyzna wdrapał się na łóżko polowe, choć dopiero po jakimś czasie od kiedy został sam w lochach. Powolnie ułożył się, czując ból większości swego ciała, na którym kształtowały się krwiaki, siniaki i inne oznaki uszkodzeń ciała. Z kieszeni płaszcza wyciągnął chusteczkę, którą wytarł ubrudzone krwią usta. Delikatnie przekręcił się na lewy bok i tak rozpoczęła się według planu Nellie ostatnia w zamku, pełna bólu i przerywanego snu noc.
Pani Lovett kolejnego dnia miała już dość ułożone plany i po śniadaniu przeszła do ich realizacji. Po raz kolejny nie czuła się najlepiej, ze względu na problemy ze snem i niezbyt dobre przyjęcie przez organizm kolejnej dawki leków. W ostatnich dniach nie wyglądała zbyt dobrze, była jeszcze bardziej blada niż zwykle, a ponurego i niezbyt zdrowego wyglądu twarzy dodawały sińce pod oczami. W swoim zachowaniu była raczej podobna do dawnego Todd'a niż do żywiołowej i radosnej Nellie.
Wstała dosyć późno, przez świadomość, że ten dzień i tak będzie się bardzo dłużył aż do wieczora. Wkrótce jechała dorożką do siedziby tutejszej władzy, gdzie zamierzała złożyć pisemną skargę, donos na to co się rzekomo działo w zamku. Oczywiście nie wiedziała prawdy o tym co się tam może wyprawiać, ale skoro donos miał być anonimowy, nikt potem nie mógł jej sprawdzić i dzięki temu mogła napisać cokolwiek by zaniepokoić tutejszych stróżów prawa. Znajdując się wewnątrz budynku, zdobyła specjalną kartę przeznaczoną do zawiadomień o niepokojących sprawach i pióro, którym zaczęła pisać: "Ostatnio przechadzałam się w okolicach zamku. W lesie natknęłam się na strzępki kobiecej sukni, były poplamione krwią, aczkolwiek nigdzie nie znalazłam śladów ciała. Każdy zna historię kobiety, która niedawno zaginęła.. bez śladu.. Z zamku dobiegały również krzyki, których się przeraziłam. Na terenie posiadłości hrabiego Vermonta widziałam człowieka, którego każdy tutaj zna doskonale z zawodu grabarza. Co grabarz robił w zamku, istotnie będąc w trakcie swojej pracy, a nie podczas prywatnej wizyty? Boję się o tym myśleć. Boję się wychodzić wieczorami z domu. Mam nadzieję, że przyjrzycie się bliżej sprawie starego zamku, aby każdy mógł się tutaj czuć bezpiecznie. Najlepiej udać się tam wieczorem.". Pani Lovett zamiast wrzucić kartkę do specjalnej skrzynki na tego typu sprawy, wsunęła ją przez okienko dyżurującemu tutaj mężczyźnie i odeszła bez słowa mimo upomnień żeby wrzucić skargę w odpowiednie miejsce. Kolejnym przystankiem podczas jazdy po Truro były zakupy i choć skierowane głównie na jeden asortyment, nie były takie do końca łatwe. Zakupiła jeszcze jeden nóż wyglądający na dość śmiercionośne narzędzie, głównie ze względu na Todd'a i całkiem możliwej konfrontacji z Turpinem i Bamfordem. Była pewna, że odebrali mu wszystkie ostre narzędzia, dlatego wolała się na tym froncie zabezpieczyć. Do tego zdecydowała się na  pałkę, którą skutecznie można było kogoś pobić, nie brudząc sobie przy tym bezpośrednio rąk. Można było ją schować do torebki, dzięki temu że wsuwała się do wnętrza samego uchwytu, tym samym osiągając zdecydowanie mniejszy rozmiar.
Przechadzając się centralnymi uliczkami Truro wstąpiła do sklepu z pamiątkami i chociaż nie chciała mieć pamiątek w postaci kiczowatych figurek z tego miejsca, kupiła kilka widokówek przedstawiających miasto w dość ładnym świetle. Cóż, być może w okolicznościach innych niż obecnie byłoby to dobre miejsce na urlop. Gdy w dalszym ciągu się przechadzała, głównie dla zabicia czasu zaczepiła ją starsza kobieta zajmująca miejsce na wysłużonym materiale, pod jedną z tutejszych kamienic.
- Piękna Pani! Proszę o pomoc.. Choćby pięć funtów może odmienić mój los.. Błagam.. - Lamentowała kobieta. Do tego po chwili zaczepiła o rąbek sukni Pani Lovett, zatrzymując ją dzięki temu przy sobie.
- Nie jestem organizacją charytatywną.. - Nellie po chwili wyszarpnęła suknię z uścisku żebraczki i odeszła dalej. Nie zamierzała angażować się tutaj w żadną pomoc, miała twardsze serce i jej podejście zmieniło się w obliczu ostatnich wydarzeń. Cudza krzywda niezbyt robiła na niej wrażenie, póki nie tyczyło się to jej Ukochanego.
Piekarka wkrótce zrezygnowała ze spaceru i udała się do hotelu, gdzie musiała przeczekać jeszcze kilka godzin póki się ściemni i przygotować się do utarcia nosa (a może i nie tylko) Turpinowi i jego spółce.

środa, 24 lutego 2016

Part 307.

Przysiadł na tym marnym polowym łóżku i westchnął, nie wiedział co miał począć i jak wydostać się z tej otchłani zła. Był zdenerwowany i nie wiedział co miał robić, o ile w ogóle mógł cokolwiek zrobić? Na razie nic nie przychodziło mu do głowy.
Po kilku godzinach zbliżał się wieczór, na dworze już było ciemno, pogoda dalej nie dopisywała, było wilgotno, mokro, a kiedy Nellie była już od obiadu w hotelu, zeszła jedynie na kolację, by napełnić żołądek czymś pożywnym. Lecz apetytu dalej specjalnie nie miała, ale znów nie mogła się całkiem zagłodzić. Siedziała przy oknie i spoglądała nieco na krople deszczu, które spływały po szybie, a że okna tej restauracji hotelowej wychodziły na ulicę to kobieta spoglądała tam. Nic specjalnie się nie działo, ludzie przechodzili, Nellie najbardziej spoglądała na przechadzające się tam pary ludzi, jakby chciała zobaczyć tam siebie i Sweeney’a. Miała już dopić tylko swoją herbatę z cytryną i uciekać do pokoju, lecz coś co właśnie widziała przez okno sprawiło, że jeszcze tu tkwiła. Właśnie dostrzegła jak przemierzała tędy dorożka, nie jechała szybko, a poza tym zatrzymała się zaraz, woźnica z kimś rozmawiał, więc Nellie postanowiła ten czas wykorzystać i iść do pokoju, bo ze swojego piętra miała po prostu lepszy widok. Po prostu była ciekawa kto przyjechał tą dorożką, bo widziała ubłocone mocno koła i raczej nie była to podróż z jednego krańca Truro do drugiego, a wzrok miała dobry. Miała jakieś dziwne przeczucie co do tej dorożki. Zatem po chwili opuściła restauracje z gracją i udała się na piętro do pokoju, gdzie po zamknięciu drzwi doszła do okna i spoglądała co się dzieje. Może miała już obsesje, że tu wszyscy knują jakieś podłe intrygi, ale co  do tej dorożki jak się okazało nie myliła się. Chwilę postała, może już pięć minut, była bliska rezygnacji, bo nic się nie działo, aż nagle otworzyły się drzwiczki dorożki i wysiadła postać. Gdy rozjaśniało nieco koło postaci wieczorne światło uliczne, jednej latarni i aż Nellie zabolało w sercu, kiedy zobaczyła, że ta postać dorożki to Sędzia Bernard Turpin! Nie mogła w to uwierzyć, że już był tutaj ten człowiek, poza tym co takiego powiedział Johannie, Bercie, że tu przyjechał? Pewnie wymyślił jakąś bezczelną bajeczkę o tym, że to jakieś sympozjum sędziów, albo coś w tym rodzaju. Bała się co ten przyjazd może znaczyć, była tym wręcz przerażona. Odsunęła się od okna za zasłonkę, gdy Turpin rozglądał się po okolicy, wolała nie zostać zauważona. Szepnęła zaraz cicho do siebie.
- Boże.. muszę szybko działać, nim ten złoczyńca skrzywdzi Sweeney’a, a moja pomoc okaże się już zbyteczna.. Och! Nellie, nawet tak nie myśli.. Sweeney’owi nic nie będzie.. Boże.. mam nadzieję, że w ogóle jest cały i zdrowy.. – Nellie nie mogła pozwolić na to by Sweeney’owi coś się stało. Poza tym doskonale wiedziała, że nie miał szans, na wydostanie się z lochów, które na pewno były dobrze zabezpieczone, zbudowane tak, że nawet celi by nie opuścił. Ujrzała jeszcze raz dorożkę przez okno, jak Turpin wracał właśnie z jakiegoś sklepu do dorożki i zaraz dorożka powoli ruszyła w kierunku strasznego zamku. Kobieta zaraz zaczęła wertować plany jakie dostała od mężczyzny, który pracował na zamku, zastanawiała się jak miała się tam dostać i nie być złapana. A przede wszystkim zdążyć na czas.
Tym czasem na zamku już Ernest czekał na Turpina wraz ze sługusem sędziego, obaj przywitali go niczym zmarłego Hrabiego, ugościł Ernest go wykwintną kolacją, oczywiście ukazał komnatę w jakiej miał spać, ale dziś Turpin koniecznie chciał zobaczyć Todd’a i nie był w najlepszym humorze co było widać w zachowaniu jego mości.
- A może przygotować kąpiel Panie sędzią? Poza tym jutro ma przybyć pogrzebowy…. – Turpin przytaknął chwilę głową i odparł.
- Tak przygotuj. Muszę się zrelaksować.. Zaczynam wątpić w to, że Berta wierzy w moje kłamstwa.. Albo Johanna jej coś naopowiadała.. może w mieście łażą jakieś plotki… Przynajmniej pozbędę się za dzień, dwa tego Todd’a wreszcie… - Bamford zacierał ręce, gdy szli do lochów w trójkę, oczywiście w zamku nie byli tylko oni, bo była cała służba, lecz oni byli skonspirowani, no i Turpin wynajął zamek za duża ilość pieniędzy, a wszyscy mieli ciągle udawać, że zmarły Hrabia dwa lata temu nadal żyje, bo zamek czerpał z tego pieniądze z winnic. Po kilku chwilach Ernest otwierał drzwi z zamka do lochów i zaraz Turpin ruszył pierwszy, za nim jego sługus, podekscytowany tym na co się dziś nastawiał, a Ernest bez większych emocji za nimi. Gdy dotarli do celi, gdzie był Sweeney, siedział tam na łózku polowym, a gdy usłyszał kroki wstał zaraz i ku jego oczom ukazał się jego największy wróg. Turpin uśmiechnął się kącikiem ust do Todd’a i odparł spokojnie.
- Och! Witam Panie Todd! Jak Panu się podobają ostatnie wakacje życia? Wiesz Todd…  Tak sobie myślałem ostatnio, nim Cię tu tak dziecinnie zbawiłem ha ha! – Śmiał się przez chwilę w głos, a zaraz zbliżył się do krat, gdzie Sweeney stał naprzeciwko niego i spoglądał z poirytowaniem i złością. – Pomyślałem sobie, że kiedy Cię unicestwię, znikniesz, nic nie będziesz mógł zrobić.. Inaczej znów plątałbyś się koło Johanny… Która zaczyna wątpić w moje słowa, że puściłeś się z moją żoną. W każdym razie, jestem tu by zakończyć Twoje cierpienia.. poco się męczyć i robić podrygi do córki, hm..? No poco? To nie ma sensu, prawda? Znikniesz.. nikt nie będzie tęsknił… No poza Panią Lovett… ale ona doskonale radzi sobie teraz bez Ciebie… Wiesz? Przynajmniej nie ma przy niej osoby tak ponurej jak Ty, że żyć się odechciewa.. a Tobie zaraz odechce! – Towarzysze Turpina spoglądali na niego, gdy Todd podszedł bliżej krat i pochylił się nieco nad uchem Turpina i szepnął.
- Mnie przede wszystkim nie podobasz się Ty i Ci dwaj sługusy. Bo sam nigdy nic nie potrafisz załatwić.. Potem wytrzesz te splamione krwią ręce o ich osobowości, zgonisz winę na nich.. osądzisz, co byłoby zabawne..! Nie sądzisz? I pójdą siedzieć za zbrodnie, w której brali udział, ale na czele tego byłeś Ty. Albo dalej będzie bawić się w te swoje gierki, kogo tu zbić z szachownicy, aż kiedyś ktoś przetrzepie te wasze obrzydliwe dupska i nie będziecie wiedzieć kiedy ktoś wbije wam nóż w plecy… Moja córka jeszcze się wszystkiego dowie, jak nie zrobię tego ja, to ktoś inny. – Turpin patrzył z taką irytacją na Todd’a jakby chciał mu powiedzieć: – Gadaj zdrów, od tego głupota nie boli. – Zaraz wziął od Ernesta klucz do celi i powoli otwierał zamek, aż odezwał się do Todd’a spokojnym głosem.
- Urocze masz marzenia, ale Twoje niedoczekanie. Rozumiesz..? A żebyś się tak tu nie cieszył, dziś sprawię, że Twoja śmierć będzie wyglądała na pobicie na śmierć, ewentualnie zamordowane… A raczej na pewno…  Poza tym za ostatnie przedstawienie, jakie zrobiłeś w moim domu… chciałbym się odwdzięczyć… Wiesz..? – Tym razem Sweeney się zaśmiał i odparł ciszej, udając by współwinni Turpina nie słyszeli, ale oczywiście mówił na tyle głośno, że jego słowa obiły im się o uszy.
- Ha! Zemsta nietoperza? Co do dziś boli wacuś? Jakie to przykre, ale przecież jakieś przerwy w tym co robisz z tymi kobietami lekkich obyczajów robisz? Wiesz, inaczej można się nabawić różnych chorób wenerycznych.. na przykład.. rzeżączka, to taka przykra choroba.. No i zapomniałbym o Pani Clarkson, żonie piekarza na Fleet Street, przecież często tam zaglądasz… nie sądzę, że po pieczywo, bo raczej wychodzisz uszczęśliwiony z innego powodu, niż zjedzenia jakiegoś wypieku. –Turpin zrobił nieco zszokowaną minę, a Bamford zaśmiał się, przy tym sędzia zaraz go trzepnął w ramię, że ten zrobił minę jak skamlające dziecko przy wystawie ze słodyczami.
- Skąd to wiem? Bo moje okna zakładu idealnie wychodzą na piekarnie.. i widziałem co tam robicie.. na piętrze.. Ciekawe mam czasami widoki podczas pracy.. A teraz co? Zamierzasz mnie pobić, tylko dlatego, że nie mogłeś ujechać jakiejś niecnej klaczy przez jakiś dłuższy czas… To takie niskie! Masz mnie za idiotę? Myślisz, że mój sposób uosobienia ma coś wspólnego z tym, że jestem albo niemowa, albo skryty, albo nie potrafię się odegrać? Teraz czujesz uroczą przewagę tylko dlatego bo mnie tu trzymasz, a ja nie mogę nic zrobić.. A Ty Bamford, jesteś tego samego pokroju co Turpin… Obaj niewyżyci seksualnie, choć lata lecą… i gdyby nie pieniądze, żadna kobieta by się wam nie dała.. Ten zarost… Ohydny! Widać nie zadbany, czysta koszula to nie wszystko jednak… –Todd spoglądał na Turpina, kiedy ten złapał go za ubranie, za jego płaszcz, bo Sweeney siedział w wierzchnim ubraniu tutaj, bo było dość zimno. Oczywiście jego zarost także pojawiał się na twarzy, nie mógł się golić tu, nawet mając brzytwę, bo zaczęliby podejrzewać, że ma przy sobie ostre narzędzie. Lecz zarost Todd’a mimo to nie wyglądał tak antypatycznie, jak siwy zarost trzech opryszków. Zaraz Turpin wymierzył cios Todd’owi w brzuch, na co mężczyzna skulił się, a Turpin pochylił nad jego uchem i odparł.
- Nie przyszedłem tu słuchać Twoich obelg, poza tym nie chcesz zginąć tu dziś to nie drażnij mnie golibrodo. Posłuchaj mnie uważnie… Gdybyś był grzeczny i mnie słuchał, wyniósłbyś się z Londynu raz na zawsze, ale nie zamierzasz tego zrobić.. powróciłeś… a ja chętnie ponownie bym Cię skazał na więzienie i wygnanie.. ale nie mam wystarczająco dowodów by przedstawić zarzuty przeciwko Tobie.. dlatego przez własną upierdliwość i upartość pójdziesz do piachu… Jutro przyjedzie grabarz. zajmie się pochówkiem Twoim… Jeszcze dwa trzy dni.. i znikną moje kłopoty, wraz z Tobą Todd.. a teraz zamilcz… Koniec zbędnego gadania..! – Nim Todd wykonał jakich ruch, zaraz Bamford złapał Todd’a za ramiona razem z Ernestem, a Turpin wyżywał się na Sweeney’u ile tylko mógł. Nie dążył teraz do zabicia go, ale był niemal w szale złości i nie potrafił się powstrzymać przed kolejnymi ciosami. Cała ta „runda” trwała może z dziesięć minut, dwa razy Sweeney nieco miał przewagę, ale zaraz znów ją tracił. Gdy Turpin widział, że Sweeney jest już ledwo żywy, przestał go bić, kazał puścić kolegom golibrodę, gdy to zrobili Sweeney upadł na posadzkę i zwinął się niczym w kłębek. Był pobity, że nie miał siły się podnieść i powiedzieć słowa, jedynie kaszlał krwią, która wypływała z jego ust. A Turpin chwilę na niego popatrzył i zaraz opuścił cele, łącznie z Ernestem i Beadle, po czym zamknęli znów Todd’a i Bernard odparł po chwili.
- Nie zaczynaj ze mną, bo widzisz jak to się źle kończy… Ernest przynieś mu wody… nie chce dziś mieć tu jeszcze trupa. Teraz czujesz Sweeney mój ból? Myślę, że tak.. Ale nie martw się, wrócę tu jutro. Rusz się po tą wodę… Ma być pitna nie z kranu.. już ja wiem co za szmirę macie tu w rurach..! Nie potrzebuję tu jeszcze jakiegoś zatrucia, nawet by to golibroda przeżywał… Mam dla niego inne ciekawsze rozrywki… Och Todd, gdybyś mnie słuchał nie byłoby tego wszystkiego i dziś byś sobie siedział, gdzie tylko byś zechciał.. poza Londynem..! – Patrzył na Todda z politowaniem, kiedy mężczyzna oparł się ręką o łóżko polowe i odparł do Bernarda, gdy ten przesunął kluczem po kratach, jakby go to bawiło.
- To porównujesz do mojego uścisku Twoich orzeszków? Na sprzedawcę w sklepie byś się nie nadawał, nie umiałbyś niczego równoważyć na wadze. Jaki Ty hojny o tą wodę… Zatruć mnie nie chcesz, ale pobić na śmierć owszem… Rozrywki to Ty masz denne. A co liczysz, że zmienię decyzje co do wysiedlenia z Londynu? Byś miał tą satysfakcję? Nigdy! Wolę tu zginąć, niż Tobie na cokolwiek ulegać.. a tym bardziej by zrzec się mojej córki..! – Warknął na Turpina, który uniósł lekko brew i przykucnął nieco by spojrzeć na obolałego Todd’a i szepnął.
- Uważaj, bo nie wiesz co czeka Cię jutro… może wykorzystałbym tutejszą salę tortur..? Działa tam coś Erneście..? Czy przesadzam? Popadam w paranoje… Hehe, on i tak już ledwo się trzyma na nogach… Miłej nocy Sweeney. – Turpin zaraz ruszył do wyjścia, by oddać się na odpoczynek, jakby nic się nie stało.

sobota, 20 lutego 2016

Part 306.

Noc wcale nie należała do tych przyjemnych. Mimo zdecydowanie większego komfortu w porównaniu do Sweeney'ego, Nellie budziła się kilka razy w nocy przez senne koszmary. Śniło się jej, że Todd ma kłopoty i to dość poważne. Nawet biorąc pod uwagę, że były to tylko sny, czuła że coś jest na rzeczy i obudziła się z większą motywacją do działania, ale i zarazem z większymi nerwami. Kiedy była już gotowa, zeszła na dół, do hotelowej jadalni. Po dość szybkim śniadaniu, postanowiła zasięgnąć nieco informacji u pracowników hotelu, a właściwie tego samego mężczyzny, który wczoraj ją przyjął. Gdy do niego podeszła wydawał się być zajęty, pił kawę, lecz akurat dla tej klientki hotelu był gotów znaleźć czas.
- Witam pana.. Nie ukrywam, że mam kilka pytań i nie do końca dotyczą one hotelu. Bardzo liczę na pańską pomoc, a nie znam tutaj nikogo.. Za to jeśli pan mieszka w Truro, mogłabym dowiedzieć się dość sporo.. - Nellie rozejrzała się czy nikt ich nie podsłuchuje i przybliżyła się nieco do mężczyzny nad ladą recepcyjnego mebla. - Potrzebuję informacji o słynnym tutaj hrabim.. i o zamku, który zamieszkuje.. To dość dziwna sprawa, której nie chcę teraz rozwijać.. Ale wspomnę, że informacje te mogą komuś uratować życie, osobie bardzo mi drogiej.. Muszę działać szybko. - Na twarzy kobiety rysował się wyraz troski, nie dało się tego ukryć. Michael, czyli recepcjonista nie mógł zaprzeczyć, że widzi przed sobą kobietę, której wyjątkowo zależało na czasie i rzec
zywiście wyglądała na zmartwioną.
- Dzień dobry. Pani prośba brzmi dość poważnie.. Ale postaram się pomóc.. Mieszkam tu choć nie jestem największym pasjonatem plotek i różnych historii krążących po tym mieście.. Najlepiej będzie jeśli porozmawia pani z moim wujkiem, Barnabasem. Z tego co wiem mieszka w okolicach zamku, po zwolnieniu przez hrabiego wciąż zajmuje domek w którym mieszkał kiedy pracował. Z pewnością zna tajemnice tej mrocznej budowli i jej właściciela. Należy tam jedynie dojechać, mogę pojechać z panią. tylko muszę załatwić sobie zastępstwo. - Michael zmarszczył czoło zastanawiając się kto mógłby zająć jego miejsce na godzinę lub dwie. Przerzucił na swym biurku stertę papierów, pod którą znalazł kartkę z rozplanowanymi zmianami. Miała zastąpić go starsza kobieta, Norma, która teraz zajmowała się sprzątaniem. To zajęcie jednak mogło poczekać, skoro gości nie było zbyt wielu.
Niebawem znajdowali się już w dorożce w kierunku zamku choć nie dosłownie tam. Nellie miała z tego miejsca dobry widok na zamczysko i tym bardziej zachodziła w głowę co zrobić żeby się tam dostać. Miejsce wyglądało raczej jak forteca człowieka nie tylko chcącego pokazać swą wyższość nad resztą mieszkańców Truro, lecz miejsce w którym hrabia odizolował się od ludzi, nie musząc się z nimi konfrontować.
Gdy wreszcie dotarli do drewnianego domku wujka Michael'a, trochę to potrwało zanim mężczyzna otworzył im drzwi, lecz w końcu wpuścił ich do środka. Pokrótce wyjaśnili cel swej wizyty i Barnabas przeszedł do swej opowieści.
- Hrabia istnieje, to nie jest miejscowa legenda.. Pracowałem u niego dwadzieścia lat, potem niestety mieliśmy ze sobą mały konflikt i zostałem na lodzie.. Byłem najbliższym doradcą hrabiego, jednak w czasach jego młodości. Kiedy się zestarzał podobno przestał wychodzić ze swych komnat i stał się męczący dla służby. Jego raczej nie należy się obawiać.. - Mężczyzna zerknął w zastanowieniu przez okno z widokiem na tylną część zamku jakby konstruował w głowie informacje, które zamierzał przekazać. - Nie da się tam wejść od tak jeśli nie posiada się zaproszenia.. Znam kilka bocznych wejść, lecz chyba musiałbym wszystko rozrysować żeby miało to jakiś sens. - Barnabas sięgnął po zeszyt z którego środka wyrwał kartki. Lovett przyglądała się temu z zainteresowaniem,  licząc że naprawdę jej pomoże, choć jej myśli bezustannie kierowały się ku golibrodzie. Nie raz spoglądała przez okno równocześnie ze starszym panem.
- Hm.. byłabym wdzięczna gdyby przedstawiłby to pan graficznie.. Każde możliwe wejście, choć zależy mi najbardziej na takim gdzie nie zostanę szybko przyłapana.. Mam przy sobie broń, lecz raczej nie stawię czoła zbyt wielu osobom.. Mam jeszcze jedno ważne pytanie.. co robi się w zamku z ludźmi, którzy nie spodobali się hrabiemu?
- Z reguły zostają uwięzieni w lochach, potem wszystko zależy od wagi przewinienia. - Barnabas powoli szkicował ołówkiem, a Nellie pobladła na to co usłyszała. Czy Sweeney mógł teraz znajdować się w lochu? Nie, wolała tak nie myśleć. Przez co miałby tam trafić? Za karę zacięcia twarzy staruszka? Zacięcia się mu nie zdarzały więc wątpiła, że jej Ukochanego mogą trzymać teraz w zamknięciu choćby z tak błahych powodów. Tak czy inaczej zamierzała zajrzeć i w to miejsce. Pani Lovett obserwowała pojawiający się rysunek i słuchała instrukcji do niego.
- Pierwsze dość ryzykowne wejście znajduje się obok głównych drzwi. Jest, a przynajmniej kiedyś było bardzo dobrze zakamuflowane, wyglądało prawie jak mury zamku i trzeba było być bardzo spostrzegawczym by je zobaczyć. Korytarzami prowadzi do poziomu służby, jest skrótem dla wtajemniczonych pracowników, więc nie polecam bo szybko można zostać przyłapanym. Drugie wejście.. o tutaj.. prowadzi do piwnicy, w której znajdują się lochy, spiżarnia i sala tortur.. Łatwo można tam zabłądzić, ale za to dostać się do lochów najszybciej.. - Tu przerwał by pokazać kobiecie taki rozkład podziemi jaki pamiętał. Cele i tak stanowiły zdecydowaną część tego poziomu zamku, więc nie łatwo było tam zabłądzić. - Trzecia opcja to przejście podziemne.. Co do tego jednak jest ryzyko, nie wiem czy dalej go używają.. I to właściwie tyle, co wiem.. Minęło już wiele lat od kiedy tam nie pracuję, ale liczę że na coś jednak się przydałem..
- Oczywiście, że pan pomógł. Przynajmniej wiem jak dostać się do zamku, choć nie wiem właściwie dokąd mam zmierzać.. Coś muszę wymyślić.. Czym mogę się panu odwdzięczyć za to wszystko? - Nellie pakowała do swej torby kartki ze szkicami, a w międzyczasie starała się wymyślić jakieś podziękowanie dla tego człowieka.
- Nie potrzebuję podziękowań i honorów.. Chciałem pomóc.. Wystarczy, że będzie pani na siebie uważać i nie da się złapać. Ja osobiście będę trzymać kciuki i w razie potrzeby możecie się tutaj skryć.. - Barnabas uśmiechnął się do kobiety, a ta ucałowała jego policzek przynajmniej w ten sposób okazując swoją wdzięczność. Dzięki niemu nie miała takiej pustki w głowie jak jeszcze godzinę temu.
Zdecydowała się, że przejdzie drugim z wymienionych przez mężczyznę przejść. Warto było zacząć z tamtej strony skoro miała przeczucia, że Sweeney może się tam znajdować.
W drodze powrotnej postanowiła rozstać się z Michael'em i dorożką i udać się na małe zakupy do sklepu spożywczego. Nie musiała przecież polegać jedynie na hotelowych posiłkach. Właśnie wkładała do koszyka owoce, kiedy zza pleców usłyszała znajomy głos. Wytężyła swój słuch, nie mając zamiaru zbliżać się do tej osoby, a to co usłyszała zmroziło jej krew w żyłach i jednocześnie sprawiło, że upuściła trzymaną w dłoni pomarańczę.
- Jak tam gość z Londynu? Dobrze się sprawuje..? Wydaje mi się, że pora niebawem skończyć sprawę tego.. jak mu tam.. Todd'a.. Sędzia dobrze postąpił, że wysłał go tutaj by ostatecznie się go pozbyć.. Najlepszy golibroda w Londynie... Przecież to wszystko jedna wielka intryga.. Bernard jak zwykle górą.. - Odezwał się jeden z nich, jakby dość zadowolony z całej sytuacji w którą był wtajemniczony.
- Dobrze.. hehe..! Siedzi w celi i niezbyt wiele ma do powiedzenia.. Jeszcze kilka dni i będzie po nim.. Nareszcie, po tylu latach Turpin nie będzie musiał żyć w strachu, że Johanna dowie się prawdy.. A kiedy Todd zakończy swój marny żywot to ja zajmę się jego kuszącą Lovett.. Wreszcie będzie ją miał prawdziwy mężczyzna, a nie taka ofiara! - W głosie drugiego rozmówcy rozpoznała.. wiernego sługusa Turpina, czyli Bamforda. Była w szoku i po chwili wszystko zaczęło układać się jej w głowie. Na słowa dotyczące samej siebie powstrzymała odruch wymiotny, po czym schyliła się po owoc leżący na podłodze i założyła kaptur na głowę wiedząc, że jeśli ktoś taki jak Beadle ją rozpozna, cały plan ewakuacji Sweeney'a legnie w gruzach. Uzyskała ważne, choć podłe informacje. Od tej chwili musiała pospieszyć się ze wszystkim, inaczej skończy się to tragedią.
Dziwiło ją, że mężczyźni po prostu spotkali się by porozmawiać w takim miejscu jak sklep i wcale się z tym nie kryli. Stali nieopodal Nellie, przy regałach z kosmetykami i zupełnie nie krępowali się tematu swojej rozmowy. Kobiecie zrobiło się trochę słabo, była przytłoczona tym co usłyszała, ale nie mogła pozwolić sobie by tutaj zemdleć. Dalej robiła zakupy, choć pilnowała by nie odwrócić się twarzą do Beadle'a. Trochę to potrwało zanim gadatliwa dwójka opuściła sklep i dopiero wtedy Pani Lovett przestała chodzić ukrywając się przed nimi, zrzuciła kaptur i udała się w stronę działu z rzeczami przydatnymi w kuchni. Nie zamierzała oczywiście gotować w swoim pokoju, a kupić nóż, który miał być po prostu bronią. Wybrała również wielofunkcyjny scyzoryk, który na pewno mógł pomóc w otwieraniu celi. Liczyła, że te dwie rzeczy łącznie z pistoletem będą pomocne i upewniając się, że ma już wszystko czego potrzebuje, udała się do kasy. Do hotelu miała z tego miejsca niedaleko. Dotarła w sam raz na porę obiadową, lecz póki co nie miała apetytu. Nie po tym wszystkim co usłyszała. Towarzyszyło jej zbyt wiele emocji by skupiać się teraz na sobie.
Nellie przysiadła na łóżku i złapała się rękoma za głowę, jakby nie chciała uwierzyć że to wszystko dzieje się naprawdę, nie jest jakimś strasznym snem z którego niebawem się oboje obudzą.
- Czemu musieliśmy wpakować się w takie tarapaty.. eh.. Jak mam Cię stamtąd wydostać i nie dać się złapać.. Muszę to wszystko dokładnie przemyśleć, a może poprosić Michael'a o pomoc.. Nie, on i tak już wiele dla mnie zrobił.. Dzisiaj pozostaje mi wszystko dopracować.. potem zacząć działać.. Chciałabym móc się z Tobą skontaktować Sweeney.. Lecz jak? Nie mam pojęcia..
Gdy Nellie zastanawiała się w jaki sposób odbić mężczyznę z zamku, bez popadania w większe tarapaty on niestety nie miał innego zajęcia oprócz leżenia na łóżku polowym i rozmyślania jakim cudem może wydostać się z tego miejsca oraz żałowania, że nie zabił wysłannika Turpina w Londynie. Nie mógł sobie wybaczyć, że tak łatwo dał się złapać w pułapkę sędziego kiedy powinien uważać na każdą zasadzkę z jego strony. Na każde podejrzane działania. Poprzedniego dnia nie zdawał sobie całkowicie sprawy z beznadziejności swego położenia, ale dziś.. to zupełnie co innego. Noc w tym zimnym, ponurym lochu doskonale go uświadomiła. Był sam na jakimś podejrzanym odludziu, nikt nie spieszył mu na pomoc, a Turpin już pewnie wydał na niego wyrok śmierci.
Do zamkowego więzienia wkrótce wkroczył Ernest, niosąc Todd'owi chleb i wodę, co miało utrzymać go przy życiu.
- Skończyły się niestety wytrawne dania.. Ja nic do Ciebie nie mam, Todd.. Wykonuję tylko rozkazy.. Niedługo pojawi się tu Beadle.. - Mężczyzna wsunął przez kraty przyniesione przez siebie rzeczy i przyglądał się więźniowi ze złośliwym uśmiechem.
- Dość mam tego gadania, że nic do mnie nie masz.. Skończ z tym pieprzeniem, bo kiedy stąd wyjdę też nie będę właściwie nic do Ciebie mieć, ale przy okazji poderżnę Ci gardło.. Ty łasa na pieniądze Turpina szumowino..! - Golibroda migiem podniósł się i wyciągnął rękę do Ernesta przez kraty, próbując dosięgnąć jego szyi. Tamten jednak był szybszy i odsunął się do tyłu, ratując się tym samym przed złością więźnia.
- Radzę uważać na słowa.. Każdy Twój ruch jest obserwowany.. Aha.. nie licz, że się stąd wydostaniesz. Pogódź się z myślą, że zgnijesz w tym miejscu. - Służący zaraz opuścił lochy, a zamiast niego pojawił się wspomniany Bamford. Sweeney starał się ignorować jego słowa. Nawet całkiem dobrze mu to wychodziło, do momentu kiedy Beadle zaczął wspominać o Pani Lovett.
- Witam naszego szanownego gościa w tym pięknym dniu..! Jak się trzymasz Todd? Liczyłeś pewnie na inne wygody, ale tymi też powinieneś się cieszyć.. Właściwie powinieneś się cieszyć, że jeszcze żyjesz.. Ciągle coś ci się przytrafia.. biedny Sweeney.. Dlatego może skrócenie Twoich ciągłych porażek nie będzie aż tak straszne, co? Nie martw się, zajmę się Panią Lovett.. Pewnie na początku, po Twojej śmierci będzie potrzebowała pocieszenia.. Spokojnie, znajdzie je u mnie.. - Bamford chciał trochę podrażnić Todd'a i wyraźnie udawało mu się to.
- Przymknij ten obrzydliwy ryj człowieku.. A do Nellie się nie zbliżysz.. nie wiesz, że ona tobą gardzi? Tak samo jak Turpinem? Jest tysiąc razy sprytniejsza od ciebie idioto.. To nie twoja półka, jesteś dla niej zerem.. Nie radzę nawet zbliżać ci się do jej sklepu.. - Sweeney mierzył się z tym idiotą o groteskowej posturze. Gdyby nie te kraty załatwiłby go na miejscu.
- Zabronisz mi? Nie obronisz jej kochaneczku będąc tutaj.. Tak samo jak nic nie poradziłeś kiedy zajęliśmy się Twoją żoną.. a Nellie jest jak kuszący cukiereczek.. Wyobrażam sobie jak dobra musi być w łóżku.. - Beadle wyszczerzył swoją twarz w uśmieszku, ukazując wszystkie popsute zęby, lecz długo on nie potrwał. Bamford był tak skupiony na rozdrażnieniu golibrody, że jego refleks gdzieś zniknął i jego szyja została zamknięta w uścisku dłoni rozwścieczonego Todd'a.
- Jak śmiesz.. Ty obrzydliwy zboczeńcu.. Wara ci od Nellie.. i mówienia o Lucy.. Zabiję cię jak tylko wyjdę z tego cholernego lochu.. przekonasz się..! - Ścisnął jego szyję tak mocno, że Beadle zrobił się czerwony na twarzy i z trudem łapał oddech. Przytrzymał go tak dłuższy moment, by poczuł ból za wszystkie swoje fantazje. Kiedy puścił, odsunął się do wnętrza celi.
- Pożałujesz tego.. Zobaczysz..! - Bamford po chwili zniknął z lochów, dotykając szyi, a Sweeney przechodził się po swojej celi opanowując złość jaka w niego wstąpiła. Jego przyszłość w tym miejscu nie malowała się dobrze, póki co szanse ucieczki były zerowe, a on pozostawiony samemu sobie zaczynał coraz bardziej wariować.

Part 305.

Golibroda nie chciał niczego od służącego hrabiego, chciał po prostu odpocząć i położyć się spać. Dlatego zaraz po jedzeniu Todd chwilę odpoczął, napił się jeszcze wina czerwonego jakie mu podano, no i po kilku chwilach służący prowadził mężczyznę z jadali, poprzez jakąś wytworną komnatę z kominkiem na hol. Tam Todd z mężczyzną kierował się poprzez korytarz, który nieco był mroczny, poprzez te wszystkie rekwizyty na ścianach. Poza tym na końcu korytarza doszli do drzwi, gdzie schodzili nieco w dół, niczym jak z dwa piętra, że Sweeney’a nieco to zastanowiło, dlaczego? Czyżby gdzieś niżej były jakieś pokoje, a tu co..? Same jakieś tajemne miejsca hrabiego? Nie wnikał w to, ale wydawało mu się na schodach tak jakoś jakby chłodniej. Poza tym lokaj hrabiego zachowywał się tak samo jak wcześniej, mówił coś o zamku, ale Sweeney już go za bardzo nie słuchał.
- Długa podróż prawda? No ale teraz Pan odpocznie.. Łóżka są wygodne miękkie, materace współgrają z ciałem człowieka i jeszcze nie obudziłem się tu z bólem kręgów. Słyszałem, że jest Pan najlepszym golibrodą w Londynie… To prawda? – Sweeney zmarszczył czoło i odparł idąc za lokajem, kiedy zeszli jeszcze niżej co go zaniepokoiło.
- Tak.. tak.. Yhym.. Tak ludzie sądzą, nie mnie to oceniać, ja robię swoje… Pan wybaczy, ale schodzimy niżej i niżej.. czy to nie są już piwnice..? Poza tym, gdzie jest moja torba…? – dotarli powoli na miejsce, przystając przy drewnianych zamkniętych na klucz drzwiach, które miały tylko robić wrażenie drzwi od komnaty, ale nimi nie były. Lokaj uśmiechnął się niewinnie i odezwał sięgając po klucze by otworzyć drzwi.
- Och ależ nie… Torba, torbę doniosę zaraz proszę się nie martwić… Jest wszystko pod kontrolą. – Puścił oczko do Sweeney’a i zaraz otwierał drzwi z klucza i poczekał aż Sweeney bliżej podejdzie, a zaraz popchnął go bardziej do przodu i krzyknął zmieniając się w wrednego służącego, niczym jakby nagle coś mu odbiło, ale nie odbiło. Sweeney był tym zaskoczony, ale nie może aż tak bardzo zaskoczony, co przerażony, jak schodził niżej po krętych kamiennych schodach. Lokaj do tego miał pistolet z którego celował do golibrody, by ten nie zechciał zrobić czegoś z czego to lokaj nie umiałby się wyplątać.
- Co to ma do cholery znaczyć?! Co Pan wyprawa..?! To nie jest jakiś pokój, komnata, tylko lochy..! O co tu chodzi..!!! – Sweeney krzyczał, kiedy lokaj pchał go dalej na sam koniec, gdzie znajdował się długi korytarz, gdzie panował półmrok, a do tego po obu stronach mieściły się cele, koło dwudziestu na pewno ich tu tyle było. Widział też jakąś postać z naprzeciwka i zastanawiał się kto to. Przybysz naprzeciwko niósł jakąś torbę, czyżby to była torba Sweeney’a? Chcieli mu ją dać, i wypuścić piwnicami z zamku? Nie. To by było zbyt dziwne, niemożliwe i łatwe jednocześnie.
- O co tu kurwa chodzi..?! – Sweeney aż zbluźnił, bo nie wyobrażał sobie zostać tu chwili dłużej, to miejsce go przerażało i chciał jak najszybciej stąd uciec. Lokaj z uśmiechem na ustach pchał Sweeney’a przed siebie, aż spotkali się z grubaśnym człowiekiem z naprzeciwka, który wyłonił się z cienia, a był nim Bamford! Mężczyzna pokazał swoje żółte zęby na powitanie golibrodzie i odparł niczym ucieszone dziecko z prezentu.
- Pan Todd.. cóż za niespodzianka… Prawda? Miła gościna prawda..? A teraz czas na spanko… mam Pana rzeczy, ta cela, czy ta obok, jak Pan myśli..? – Sweeney chciał podejść do niego i rozszarpać go gołymi rękoma, ale zaraz lokaj zareagował i odciągnął Todd’a od Bamforda, a że był od Todd’a większy i potężniejszy znacznie tak Todd nie miał z nim wielkich szans, bez broni, tym bardziej, że był i Bamford i stanąłbym za lokajem, nie za nim.
- Cholerni łgarze..! To wszystko było ukartowane co? Ten cały wyjazd? Ten świrus w moim zakładzie..! Bamford.. gdzie zgubiłeś kanalio Turpina..? Sługusa wysłał do Truro, by przed moją córką udawać idealnego ojczyma, wujcia, czy nie wiadomo kogo, bo ma się za chodzący chory ideał..! – Bamford razem z Ernestem zaśmiał się w głos, obaj mieli ubaw, ze słów Todd’a, kiedy ten próbował się wyszarpać z uścisku lokaja, ale na darmo. Poza tym po chwili Bamford podszedł bliżej do Todd’a i złapał go za szczękę swoją paskudną niezbadaną dłonią i ścisnął mówiąc.
- Późno się domyśliłem Toddku! Późno.. ale teraz czasu nie cofniesz.. Sędzia Turpin.. Och no tak masz rację, przebywa w Londynie, będąc dobrym ojcem dla Twojej córki… A teraz pakuj się do celi, och przyniosłem Twoje fatałaszki, ale nie martw się, zabrałem to co ostre i niepotrzebne, masz swoje koszule, jakieś żarcie.. choć Ernest by o Ciebie zadbał.. ale Sędzia stanowczo zabrania, zatem starczy kawałek chleba i kubek wody co posiłek.. Haha! Ach, a Hrabia… nie żyje od dwóch miesięcy, ale nadal podtrzymujemy wiedzę społeczeństwa, że żyje.. siał postrach, z samego faktu, że zamczysko wybudowano na cmentarzysku. To legendy, fanaberie, głupoty i co tam sobie wymyślisz.. Hrabia żył tu z produkcji wina.. A ludzie ubzdurali sobie, że to jakiś wampir, demon i tak dalej…  – Śmiał się w głos i zaraz Todd został przeszukany i wepchnięty do jednej otwartej celi, gdzieś pośrodku tego całego rozgardiaszu. Zaraz zamknęły się za nim drzwi jak Beadle rzucił w Sweeney’a jego torbą z rzeczami. Ernest trzymał w dłoni jedną brzytwę Sweeney’a, którą przy nim znalazł i odparł.
- Proszę przygotowany na każda okazję by ogolić klienta hehe.. a tu peszek… - Sweeney złapał swoją torbę i spojrzał na ich obu jak na nienormalnych. Po czym podszedł do krat i szepnął w stronę Ernesta.
- Ostrożnie z tą brzytwą, bo się skaleczysz i będzie źle. – Warknął, a Beadle zaraz podszedł bliżej i odparł do Todd’a z tym swoim wrednym uśmiechem, aż Sweeney poczuł okropną woń z jego ust i skrzywił się na to.
- Teraz tu sobie grzecznie posiedzisz, nie masz czym skrzywdzić siebie, czy nas i tak ma zostać.. ale nie martw się, Turpin kazał Cię pozdrowić.. ale to zrobię jutro, nie chcę byś mi oddał kolację na moje czyste ubranie.. –Todd zaśmiał się i odparł odsuwając nieco dalej i postawił swoją torbę na podłodze.
- Jakie to żałosne. Czyste ubranie? Szkoda, że nie świeży oddech.. aż z daleka czuć.. Nic dziwnego, że do tej pory nie masz bekadle kobiety, która by chciała takiego.. szczura z kanałów.. – Patrzył na mężczyznę z pogardą, który już chciał do niego doskoczyć i otworzyć cele, by tylko dołożyć Todd’owi, ale Ernest go powstrzymał i schował klucze, by ten ich mu nie odebrał i rzekł.
- Spokojnie, Beadle..! Jutro się nim zajmiemy… Sędzia niebawem tu przybędzie… - Bamford mruknął coś pod nosem i powoli obaj odchodzili od Sweeney’a choć Bekadle miał jeszcze chęć wrócić do Todd’a to Ernest wymierzył z broni do niego i odparł.
- Przestań! Inaczej to Ciebie będę zbierał z podłogi, a nie jego! Chodźmy..! On i tak stąd nie ucieknie..! Dobranoc Panie Todd.. Pan wybaczy za taki finał.. ale to nie ja tu rządzę.. mnie tylko dobrze płaca za swoją pracę.. hehe…! Kieliszeczka Beadle..? Mam bardzo dobry koniak.. – Obaj zaraz wyszli z lochu, a Sweeney został sam, przysiadł na łóżku polowym, niziutkim nad podłogą dosłownie z naście centymetrów, a zaraz westchnął i oparł głowę i ścianę. Zamknął oczy i pokręcił głową, jak by nie chciał wierzyć w to co się stało. A zaraz spojrzał na swoje sztyblety na nogach odparł do siebie w myślach.
- Nie mam już brzytwy by golić innych co? A właśnie, że mam ale do zabicia takich idiotów jak wy! Banda niedorobionych szczurów brudnych ulic… Muszę się stąd wydostać.. i to szybko, nim zabiorą mnie w worku, albo porzucą ciało, gdzieś w tym okropnym lesie, nie cieszy mnie śmierć, jak żywność dla wilków.. Hrabia do cholery, wymysł.. że też wcześniej nie wpadłem na to… Albo nie zabiłem tego żałosnego wysłannika.. Sweeney.. bierz się w garść.. wpadłeś w kolejne kłopoty.. a Pani Lovett została w Londynie, jak tak dalej pójdzie to dostanie jakiś telegram o moim zgonie, który niby nastąpił w czasie podróży, atak naprawdę pożrą mnie leśne stworzenia.. Ech.. Chyba jeszcze nie poczuwam do końca wagi tej całej chorej sytuacji… Chyba nie sądziłem, że kiedyś będę to mówił… myślał, ale chcę do domu, do Nellie, Boże chciałbym by tu była… Al. Znów wychodzę na ofiarę losu… jestem beznadziejny, po raz kolejny w życiu za karatami, tym razem w lochu Sweeney, idealnie..! - Sweeney spojrzał na umywalkę wbudowaną w murek, podszedł więc zaraz tam i odkręcił wodę, poczekał, aż ta brudna zejdzie i liczył na choć trochę czystej wody, no ale w końcu jednak się doczekał, więc przemył nią twarz. Zastanawiał się jak może w ogóle poprawić swoją wredną sytuację, czy w ogóle da się?
Tym czasem Pani Lovett jeszcze spoglądała przez okno, właśnie zauważyła jak podjechała jakaś dorożka niedaleko, zatrzymała się na chwilę i wyłonił się jakiś mężczyzna z budynku naprzeciwko, jak przemknął poprzez skrzyżowanie. Po chwili wsiadł do dorożki, po uprzednim jakby rozejrzeniu się, czy nikt go nie zauważył, że Nellie schowała się nieco za zasłoną i ścianką, by nie było jej widać. A mężczyzna wsiadł i zaraz dorożka ruszyła dalej w kierunku zamku. Pani Lovett zaczynała odczuwać jakiś dziwny niepokój, że aż poczuła uścisk w sercu, obawiała się, że jej ukochany może mieć jakieś problemy, lecz nie mogła być tego pewna, zastanawiała się co mogłaby zrobić, by dostać się do zamku, jako osoba, która wejdzie tam legalnie? Nie, to byłoby zbyt głupie. Jakby potem dostała się do Sweeney’a? Nie miałaby na to szans, albo jeszcze sama wpadłaby w kłopoty? Ale czy nie wpadnie w niej kiedy tam zakradnie się i ktoś ją przyłapie? Oczywiście, że tak! Lecz nie miała innego wyjścia, to była ta niby lepsza alternatywa.
- Och Sweeney… szkoda, że nie możemy się porozumieć. Chciałabym wiedzieć co się dzieje, czy jesteś cały i zdrowy, a Ty Złotko nawet nie masz pojęcia, że jestem tak blisko Ciebie. Ale muszę się tam dostać.. Jutro dowiem się, czy naprawdę tu mieszka jakiś Hrabia.. czy to czyjś wymysł.. Chciałabym powrócić już do domu z Tobą, mój golibrodo… Czemu, życie nam się tak układa pod górkę, nie wiem, nie rozumiem.. – Nellie odeszła od okna, zasłoniła okno zasłoną całkiem i zaraz powoli położyła się na łóżku okrywając pościelą. Spojrzała na miejsce obok siebie, w końcu wzięła pokój z podwójnym łóżkiem. Pogładziła wolę miejsce obok siebie, gdy okryła się kołdrą i uśmiechnęła nieco smutno. Tęskniła za Sweeney’em, chciała mieć go przy sobie, a póki co nawet nie miała pojęcia, że Todd ma dziś kiepską noc w zimnym lochu, jedynym plusem było dla niego to, że miał tam swoje ubrania i mógł się nimi okryć, ubrać cieplej. Tej nocy żadne z nich nie mogło zrobić nic więcej, jak po prostu pójść spać i odpocząć po tej fatalnej podróży. Nellie przytuliła poduszkę obok siebie do swojego ciała i zgasiła lampkę, zatem zapadła ciemność w pokoju, wtedy ułożyła się spać i starała się zasnąć, choć w myślach ciągle miała Todd’a i czuła się niekomfortowo śpiąc tu jak gdyby nigdy nic, myśląc, że ze Sweeney’em dzieje się coś złego. Lecz już sama nie wiedziała, czy to jej przewrażliwienie, jej wyobraźnia, czy dobre przeczucie? Miała nadzieje, że niebawem się tego dowie.

piątek, 19 lutego 2016

Part 304.

Przede wszystkim żałowała, że nie zabrała ze sobą cieplejszych rzeczy i większej ilości lekarstw, lecz raczej nie spodziewała się aż takich niespodzianek pogodowych. Z drugiej strony nie mogła też być przygotowana na wszystko, skoro miała ze sobą zaledwie dwie torby spakowane dyskretnie, lecz i tak w obecności Sweeney'a. Mimo wszystko czuła, że całą tą wyprawę przyjdzie jej odchorować.
W siedzisku naprzeciw Nellie zaczęła pojawiać się woda, widocznie pojazd nie był tak szczelny jak powinien być i kobieta zastanawiała się nad tym ile jeszcze pozostało czasu na dotarcie do celu. Nie mogła raczej teraz zapytać o to woźnicy, bo pewnie wychylając głowę przez okno dostałaby w nią gałęzią albo czymkolwiek innym. Jedyne co mogła zrobić to uzbroić się w cierpliwość.
Po kolejnych trzech godzinach jazdy wreszcie dojechali do Truro, a woźnica zatrzymał się by spytać pasażerki gdzie dokładniej ma ją wysadzić z całym bagażem, bo takowych informacji jeszcze nie posiadał.
- Hm.. spokojnie.. może pani jeszcze trochę pospać, ale chciałbym dowiedzieć się gdzie kończymy trasę.. Wie pani, to dość specyficzne miasto i wolałbym dowieźć panią pod sam dom ciotki.. Bo nie chciałbym mieć nikogo potem na sumieniu. - Po mężczyźnie widać było że jest zmęczony i na pewno spędzi noc w mieście lub jego okolicach, a teraz chciał w miarę możliwości szybko zakończyć podróż. Nellie znów się zdrzemnęła, bo nocne warunki i ogólne znużenie zdecydowanie temu sprzyjały, więc chwila minęła zanim pomyślała co odpowiedzieć skoro żadnej ciotki tak naprawdę nie było.
- Poprosiłabym pana o dojazd w okolice zamku hrabiego.. niedaleko od tego miejsca mieszka moja rodzina. Dziękuję za troskę, ale znam to miasto i chyba sobie poradzę sama. Na miejscu się rozliczymy. To już niedaleko.. - Kobieta uśmiechnęła się do staruszka i nieco przetarła oczy będąc już konkretnie zmęczona jazdą. Na myśl, że musiała jeszcze znaleźć sobie nocleg w tym tajemniczym miejscu, jeszcze bardziej się wszystkiego odechciewało.
Gdy mężczyzna otrzymał potrzebne informacje, zamknął drzwiczki dorożki, zajął swoje miejsce i po chwili znów jechali. Pani Lovett zbierała do swej torebki wszystkie niezbędności, które znalazły się poza nią i nieco poprawiała swój wygląd, by w hotelu nikt się jej nie przeraził.
Po upływie około dwudziestu minut dorożka zatrzymała się, Pani Lovett zabrała wszystkie swoje rzeczy i wysiadła rozglądając się niezbyt pewnie po okolicy. Sięgnęła do portfela po drugą część zapłaty dla woźnicy po czym rozstała się z nim. Poczuła w tym momencie zarówno ulgę i niepokój. Było późno i spacerowała po pustym mieście, co nie sprzyjało zbyt pozytywnym emocjom. Całe szczęście niedaleko od miejsca w którym wysiadła, dostrzegała większy budynek a obok niego reklamę informującą, że ta oto budowla chętnie ugości każdego przybysza. Nellie zatem wzięła głęboki wdech i udała się w tym kierunku. Mimo, że ludzie już o tej porze nie spacerowali po ulicach, czuła się z każdej strony obserwowana. Może były to zwykłe urojenia i podświadomość, ale nie czuła się z tym dobrze.
Znajdując się wreszcie w rejonie hotelu, poczuła się nieco pewniej. Ulga przyszła kiedy znalazła się w środku i podeszła do recepcji. Przynajmniej nie czuła się teraz kompletnie sama na tym pustkowiu będącym końcem Truro. W dalszych krańcach można chyba było tylko znaleźć zamek tego podejrzanego człowieka.
- Dobry wieczór panu. Mam nadzieję, że są jeszcze wolne pokoje, hm? Przyjechałam z dość daleka.. Mam za sobą cały dzień podróży i liczę na odpoczynek.. - Lovett postawiła swój bagaż na podłodze i zwróciła się do mężczyzny w wieku średnim, zdającego się być jedyną osobą o tej porze - niedalekiej północy, czuwającą nad tym miejscem.
- Witamy panią serdecznie w hotelu Happy. Miejsca oczywiście są i czekają tutaj na nowych gości. Szczerze mówiąc nie ma tutaj zbyt wielu turystów aktualnie, to nie sezon by miejsc było brak.. Z daleka? A skąd? Muszę przyznać, że samotna kobieta o tej porze, w takim miasteczku jak to.. dość rzadki widok. Lecz zawsze miły dla oka. Na ile dni zamierza się pani tutaj zatrzymać? - Recepcjonista starał się zagadywać swoją klientkę, ożywił się na jej widok kiedy tylko zobaczył ją w drzwiach. Mówił niestety trochę za dużo, co było dość uciążliwe dla zmęczonego człowieka i Nellie chciała się go pozbyć jak najszybciej.
- To dobrze, cieszę się, że miejsca są. Nawet bardzo się cieszę. Przyjechałam z Londynu, to kawałek stąd.. Samotna? Och proszę nie wyciągać zbyt pochopnych wniosków. Zresztą nieważne.. Chciałabym jak najszybciej się odświeżyć i iść spać.. Czy mogłabym poprosić klucz do pokoju? Właściwie wezmę taki z podwójnym łóżkiem, będzie mi się lepiej spało niż na pojedynczym. Mam coś podpisać? Zamierzam tutaj zostać dzień, dwa.. to wszystko jeszcze się wyklaruje. Gdyby też ktoś.. dołączył do mnie nie byłoby to problemem, skoro pokój jest dwuosobowy, prawda?
- No tak, rzeczywiście.. kawałek.. Już daję kluczyk, do jednego z naszych lepszych pokoi w prezencie za trudy długiej podróży. To prezent na powitanie. Proszę jedynie podpisać się w tym miejscu, a wszystkie inne formalności załatwimy jutro. Byłby to problem jedynie w wypadku jednoosobowego pokoju. Jednak skoro opłata pobierana jest za większy pokój, drugie miejsce jest do dyspozycji. - Nellie uniosła brew na słowa pracownika hotelu, na jego niebywałą uprzejmość, podyktowaną zapewne chęcią otrzymania napiwku za wysiłek. Podpisała swoim imieniem i nazwiskiem dowód zajęcia przez siebie pokoju i wreszcie otrzymała klucz. Kierowała się już do schodów, choć wtedy recepcjonistę natchnęło na bycie dżentelmenem i pomoc kobiecie we wniesieniu bagażu. Było to miłe, choć z pewnością wolałaby gdyby mówił mniej i nie oprowadzał jej po pokoju jakby był jakimś wielkim królewskim apartamentem.
- Dobrze.. już dziękuję za wszelką pomoc.. Wszystko zrozumiałam. Dobrej nocy panu życzę. - Niemal zamknęła mu drzwi przed nosem, po czym przekręciła klucz w zamku ciesząc się, że wreszcie po wszystkim i może w końcu zająć się sobą.
Po rozpakowaniu części zabranych rzeczy, wzięła gorącą kąpiel i oddała się rytuałom wieczornej toalety. Tego dnia mogła pozwolić sobie na dłuższe zajęcie się sobą, zwłaszcza że nie wiedziała dokładnie co przyniesie kolejny dzień, a kąpiel i choćby nakremowanie ciała były odprężającymi zajęciami. Przed snem obserwowała okolicę przez okna i choć było ciemno, miała wrażenie że w pewnym miejscu dostrzega budynek na kształt zamku. Całkiem możliwe, że to po prostu wyobraźnia płatała już figle o tej porze i zamierzała się przyjrzeć temu z rana.
- Sweeney, Sweeney.. mam nadzieję, że jesteś już w tym miejscu.. Choć sama nie jestem pewna czy chcę żebyś tam był, lecz chyba to lepsze niż kolejne godziny w tej ponurej dorożce.. Czuję skutki tej podróży we własnych kościach.. Mam nadzieję, że dotarłeś bezpiecznie.. i nie dzieje się tam nic okropnego.. jesteś cały i zdrowy.. Wierzę, że niebawem się zobaczymy.. inaczej naprawdę tutaj zwariuję..
Pani Lovett niemalże z bólem serca myślała co teraz może się dziać z jej mężczyzną. Pragnęła go wydostać z tego chorego interesu i już nigdy nie puszczać w takie miejsce. Obiecała sobie, że jeśli jeszcze raz pojawi się taka oferta wyjazdu i wykonania usługi dla jakiegoś starca, osobiście zabije wysłannika, który przyniesie o tym wieści. Osobiście, bronią którą kiedyś sama kupiła i która zresztą znajdowała się w torbie obok łóżka. Sweeney już więcej nie mógł pozwolić sobie na takie szantaże i dni pełne stresu przed nieznanym.
Póki co zażyła leki na odporność, lecz i ziołowe, które pozwoliły jej szybciej usnąć i dzięki temu zbierać siły na kolejny dzień.
W czasie gdy Lovett docierała do hotelu, Sweeney był już prawie na miejscu. Nieco przesunęło się jego dotarcie, z racji że zamek usytuowany był na dość sporym wzgórzu, a konie po tak długiej trasie nie były już pełne sił jak na samym początku podróży. Zanim zwierzęta wraz z ciężkim pojazdem wdrapały się na miejsce należało zrobić kilka przymusowych przystanków. Sweeney podczas pierwszego z nich wyszedł zirytowany z dorożki.
- Co do cholery znów się dzieje?! Dojedziemy tam dzisiaj, czy za miesiąc? Bo w tym tempie chyba za miesiąc. - Golibroda westchnął ciężko już nie wiedząc co począć w tej sytuacji. Zmęczenie, głód, strach też przyczyniały się do jego wyjątkowo złego nastroju i w pewnym momencie miał ochotę na własnych nogach dotrzeć do celu niż marnować kolejne minuty na postój, kiedy marzył jedynie o tym by położyć się i spać.
- Chyba widzi pan w jakim stanie są konie.. One też potrzebują odpoczynku. Samemu raczej nie radziłbym się wybierać.. Jeszcze się pan zgubi, a w lesie zamieszkują wilki i inne stworzenia żądne krwi.. - Woźnica patrzył na niego w dziwny sposób, z przewagą. Ewidentnie wiedział na temat tego miejsca, całej intrygi i tego co miało się zdarzyć Todd'owi dużo. Miał jakiś dziwny błysk w oku, który każdego mógłby przerazić.
- Tak czy inaczej jestem zmęczony.. i chciałbym wreszcie dotrzeć na miejsce.. jedziemy jakieś trzynaście godzin i każdy człowiek, nie jakiś mutant miałby tego dość.. - Sweeney wsiadł do środka rozdrażniony całą sytuacją i zachowaniem tego człowieka. Za kilka minut dorożka ruszyła, choć konie nie jechały tak dużą prędkością jak wcześniej. Zdarzył się jeszcze jeden postój, lecz zamek był już wyraźnie widoczny. Miejsce odizolowane od reszty miasta i niedostępne dla zwykłego mieszkańca. Pokonali wysoką bramę, po której zamknięciu człowiek czuł się jak złapany w pułapkę. Pojazd zatrzymał się wreszcie ostatecznie niedaleko wejściowych drzwi po których bokach zawieszone były płonące pochodnie. Todd rozejrzał się po całym tym obiekcie. Był lekko mówiąc przerażony, ale nie zamierzał tego okazywać, starał się być opanowany. Woźnica pomógł mu z bagażem i w końcu znaleźli się przed drzwiami, uderzając w nie kołatką by dać znać komuś wewnątrz o przybyciu gościa. Nie potrwało to długo, zanim drzwi otworzyły się i ukazał się w nich służący hrabiego widocznie przygotowany. Wymienił się porozumiewawczym spojrzeniem z woźnicą i wpuścił golibrodę do środka.
- Panie Todd! Nareszcie! Zapraszam! Jest coś czego sobie pan życzy na ten moment? Przede wszystkim zapraszam na późną obiadokolację..! Poproszę płaszcz.. i wszelki bagaż.. - Pomógł gościowi zdjąć odzież wierzchnią i zakręcił się gdzieś na chwilę z torbami. Sweeney z lekko otwartymi ustami spoglądał na wnętrze domu hrabiego. Było pełno obrazów w złotych ramach, zbędnych figurek, szabli, rekwizytów z polowań.. Wszystkiego było pełno, z wyjątkiem rzeczy, które naprawdę miałyby jakiś styl. Kiedy służący znów się zjawił, zaprowadził go do jadalni, gdzie czekał na niego dziwnie długi stół, z dwoma krzesłami po przeciwnych stronach. Tylko jedna była zastawiona, więc raczej miał jeść w samotności. Mężczyzna odsunął Todd'owi krzesło i dopasowywał je kiedy golibroda siadał. Jego kolejnym krokiem było zapewne udanie się do kuchni, bo na stole powoli zaczęły pojawiać się rozmaite potrawy. Sweeney przez chwilę pomyślał z obawą o całym tym jedzeniu, ale patrząc na to z drugiej strony nie mógł we wszystkim doszukiwać się podstępu. Został przywitany wybornymi daniami, jak na dalekiego gościa przystało. Służący jak na razie nie wydawał się kimś podejrzanym, a wręcz był na każde skinienie przybysza. Póki co nie dając po sobie poznać zamieszania w podły plan.
- Hrabia niestety już śpi, choć nie mógł się pana doczekać.. Ale jutro się pan z nim zobaczy.. z pewnością.. Po posiłku oprowadzę pana po zamku.. albo nie.. na pewno jest pan zmęczony, panie Todd.. Pokażę jedynie pokój, chyba że jeszcze będzie pan miał jakieś prośby.. Chętnie ich wysłucham. - Wpatrywał się w jedzącego Sweeney'a z dziwną intensywnością. Mimo iż myślał, że będzie jadł sam ten człowiek ciągle stał niedaleko jakby naprawdę czekał na rozkazy. Do tego ciągle o czymś mówił, że golibroda zaczynał odnosić wrażenie, że spełniłby różne jego zachcianki gdyby tylko czegoś sobie zażyczył.

Obserwatorzy

O mnie

Moje zdjęcie

Nazywam się Sweeney Todd, opisuję swoją historię życia, ze współudziałem Pani Nellie Lovett, która towarzyszy mi przez ten cały czas. Są między nami wzloty i upadki. Lecz mimo to oboje wiemy, że gdyby kogoś z nas nagle zabrakło, nie czulibyśmy tego co czujemy, gdy jesteśmy we dwoje. Niekoniecznie czasem może gdzieś obok, lecz tak mentalnie, w umyślę, wiem to i czuję to. Mamy nadzieję, że chętnie tu będziecie zaglądać i zaglądacie, by nam towarzyszyć w tej naszej dość zawiłej podróży życia.