SCM Music Player.

Bohaterowie.

środa, 13 lipca 2016

Part 347.

- Zaraz tam posprzątam. Och proszę się nie martwić, Pan Todd na pewno ma sìę dobrze i nie przemęcza swoich sił. Wkrótce będę musiała jednak przysłać do Pani męża swojego małżonka,, bo jednak nie lubię tego zarostu Panów, a mój mąż wygląda już jak skrzat prawie! Och Ci mężczyźni, po co im te zarazki na twarzy, nie rozumiem... - Pani Lovett spojrzała na Julię i przytaknęła lekko głową, jeśli Pani Hoffman miała takie życzenie, to czemu nie, a Sweeney na pewno przyjąłby jej męża i bez otwierania zakładu. - Dobrze. Taką mam nadzieję, że wszystko idzie zgodnie z jego oczekiwaniami. Tak, ja także nie lubię takich zaniedbanych mężczyzn. Jeśli Pani mąż, będzie miał ochotę, to zapraszam Sweeney na pewno przyjmie Pani męża choćby jutro. Och Pan Todd nie jest moim mężem, choć bardzo bym tego chciała... - Nellie zamyśliła się na chwilę, jakby mówiąc do siebie, a kiedy ocknęła się z tego przemyślenia odezwała. - No dobrze, wracajmy do pracy... - W sklepie Pani Lovett było wszystko niczym w szwajcarskim zegarku. Julia postępowała zgodnie z poleceniami Nellie, przytakując i sprzątając polecony stolik po uwinięciu się z poprzednimi zamówieniami. Oczywiście była nieco, a raczej bardzo zdenerwowana pierwszym dniem pracy, poza tym w oczach Pani Lovett chciała wypaść jak najlepiej. Cieszyła się z tej pracy w końcu nie musiała martwić się tak bardzo o fundusze i miała nadzieję, że długo tak pozostanie. Poza tym posiadała trójkę dzieci, chwalić się nikomu nie musiała. Jej mąż pracował jako kowal więc olbrzymich pieniędzy nie mieli, ale mimo wszystko radzili sobie jak tylko mogli.
Julia właśnie kończyła sprzątać kolejny pusty stolik, jak do sklepu weszła para, która zajęła stolik i zaraz przeglądała ofertę dnia w menu czy inne pozycje.
Nellie zaś obsługiwała właśnie mężczyznę przy ladzie, gdy brał słodkości na wynos i zaraz serwowała do kolejnego stolika krupnik, jak i do stolika numer 5, czyli grupy podrywaczy, barszcz z pasztecikami, jednemu z nich, który zaraz się odezwał wdychając gorący posiłek. - Och co za cudowny zapach, jest Pani aniołem, gotując takie delicje, mieć taką kobietę w domu to skarb. A tu sprawdziłoby się powiedzenie... "Przez żołądek do serca!" Może poznamy się bliżej? Ten sam wiek, taka Pani urocza, seksowna! - Nellie spojrzała na mężczyznę i uśmiechnęła się lekko, po czym udała po kolejne zamówienia kolegów Vincent'a i zaraz stawiała przed każdym z nich talerzyk ze słodyczą i zabrała głos, gdy młodzieniec chwalił jej zupę. - Dziękuję, cieszę się, że Panu smakuje. - Spojrzała na płeć przeciwną, jak odparł. - To może da się Pani, Złociutka.. namówić na mały spacer? - Vincent spojrzał na kobietę pewnie, wypinając przy tym klatkę piersiową, niczym jakby się przed nią prężył jak kogut i czekał na odpowiedź płci pięknej, a Pani Lovett westchnęła i pochyliła się nad stolikiem Panów, z czego przynajmniej dwie pary oczu spojrzały na jej dekolt, ale nie obchodziło ją to, skoro i tak obejdą się smakiem. - Złociutki, zajmij się barszczem dobrze... bo wystygnie i nie będzie tak bardzo smaczny. Spacer? To miła propozycja, ale dziękuję bardzo, mam z kim chodzić na spacery i raczej nie byłoby zadowolony, że w tej chwili próbuje mnie poderwać student. Poza tym muszę przyznać, że ciężko będzie Panu kogoś znaleźć od serca, skoro ma Pan tak wysokie mniemanie osobie... Proszę wybaczyć, ale wracam do pracy, same posiłki nie przyfruną na inne stoliki. Smacznego Panom życzę. - Nim Vincent zdążył coś powiedzieć, choć w pierwszej chwili zatkało go i kiedy Nellie odeszła dyskutował z kolegami, spoglądając od czasu do czasu na właścicielkę sklepu. Nellie podobała mu się, poza tym lubił nieco starsze i dojrzałe kobiety, niż studentki ze swojego roku. Zawsze dojrzałe kobiety według wizji Vincenta były bardziej doświadczone w związkach, posiadały ten pazur, a on to lubił i stwierdził do przyjaciół, że i tak poderwie Panią Lovett. Oczywiście nie miał niecnych i seksualnych zamiarów, lecz uważał, że bycie z taką kobietą, jest znacznie ciekawsze niż z rówieśniczką.
Tym czasem w domu Turpina, Sweeney siedział na piętrze w pokoju Johanny, właśnie dopinał już ubranko Tommy'ego po zmienieniu jego pieluchy, czemu przyglądała się córka mężczyzny. - Sweeney... Mimo tego wszystkiego nie rozumiem jednego.. Mówisz, że Bernard przeszkadzał ciągle w tym, byś mógł wyznać mi prawdę.. Uważam, że trochę to przeciągasz nad wyraz, z tego względu, że przecież nie raz byłam w sklepie Pani Lovett, Ty tam byłeś i nawet sklep zamykała Pani Lovett byśmy mogli porozmawiać, nie było nikogo kto by nam przeszkodził.. Czemu wtedy mi tego nie powiedziałeś..? - Sweeney słuchał córki, gdy spojrzał na nią kątem oka, a zaraz na ręce wziął Tommy'ego i przytulał go by go uśpić jeszcze bardziej, kiedy teraz właśnie miał nieco przymknięte powieki. - Ciii.. śpij Tommy... śpij... - Mężczyzna zerknął znów na swoją córkę i odezwał się spokojnie, kiedy poprawił przewijak jedną ręką i nieco uporządkował rzeczy, choć zaraz Johanna się tym zajmowała. - Tak, masz rację, wtedy miałem szanse.. Lecz bałem się, że póki jest dobrze, to miałbym to psuć..? Wiedziałem, że Charles, nie jest dla Ciebie... nie od początku, ale zbyt często zmieniał pracę. Nie zastanowiło Cię to dlaczego? Pewnie tam też się nie nadawał, jest zbyt pewny swojej pozycji, a rozwożenie alkoholu po sklepach, na pewno dla kogoś kto ma się wyżej niż wygląda.. jest przytłaczające... Charles, przykro mi to mówić, ale to kobieciarz. Lubi towarzystwo kobiet, a Ty Johanno, nie wiem, chyba byłaś dla niego, w jego rozumieniu, poczuciu, zbyt grzeczna.. Zresztą to już i tak nie jest ważne. Ważne to być sobą i nie zmieniać się dla kogoś, dla kogoś takiego jak on. A ja.. Bałem się, że jeśli wyznam Ci prawdę.. to ten spokój, ta sielanka minie, że mnie znienawidzisz, jak właśnie to ma miejsce teraz.. Tolerujesz, ale nienawidzisz, prawda? Wolałem być po prostu "Panem Todd'em.." niż kimś bliższym, bo wiedziałem, że "Pana Todd'a" akceptujesz takim jaki jest.. a ojca.. trudno zaakceptować, po tylu latach, kiedy od kilku lat jest w Londynie i nic nie robi z tym, by powiedzieć swojej córce... kim jest. Co się działo przez te lata i dlaczego mieszkasz u kogoś, kogo Twój ojciec nienawidzi... A do tego to uczucie przeszycia kiedy tu za każdym razem wchodzę.. Te chore oskarżenia, że zgwałciłem Bertę i tak dalej.. To wszystko gra Bernarda. Nellie mnie namówiła, by tu przyjść na to przyjęcie, awans Sędziego.. co było też po konkursie golibrodów.. - Sweeney podszedł do krzesła i usiadł na nim, bo już od tego stania noga zaczęła go boleć. Poza tym Johanna przejęła synka od ojca i zaraz zabrała go do łóżeczka, by położyć spać, więc Sweeney musiał na moment wstrzymać się ze swoja wypowiedzią. A gdy Johanna powróciła dalej chciał kontynuować, ale Johanna wyprzedziła go. - Źle się czujesz? Może jednak lepiej byłoby wezwać lekarza... - Sweeney pokręcił przecząco głową, odchylając głowę do tyłu i krzywiąc się nieco na twarzy, na co córka mężczyzny pokręciła głową i zabrała głos ponownie. - Przemyśl to i tak powiem Pani Lovett, że się za dobrze nie masz... Może ja nie mam takiego wpływu na Ciebie, ale Pani Lovett na pewno.. - Wtedy Sweeney spojrzał na kobietę i lekko zmarszczył czoło po czym odparł dopijając zimną już herbatę. - To szantaż? Johanno.... - Płeć przeciwna pokręciła głową i podeszła do ojca, po czym dotknęła jego czoła czy policzków, bo miała wrażenie, że ma gorączkę, ale ciepły za bardzo nie był, więc widocznie się myliła, ale nie podobało się jej to, że nie chciał pomocy. - Och Sweeney... Nie będę Cię już męczyć tymi pytaniami.. poniekąd to rozumiem, ale poniekąd nie mogę zrozumieć, że wolałeś być dla mnie kimś obcym, niż ojcem.. Bałeś się co zrobię jak się dowiem..? Sama nie wiem co bym zrobiła jeszcze w takich okolicznościach, jak nie ulica, a w odosobnionym miejscu w domu, Twoim i Pani Lovett... Ale teraz pozwól sobie pomóc.. inaczej Pani Lovett uzna, że to ja zlekceważyłam Twoje zdrowie, odsyłając Cię do domu w takim stanie... Napijesz się jeszcze herbaty, czy czegoś innego..? To już jest zimne... - Mężczyzna zaraz wszedł w słowa córki i odparł. - Proszę Cię, nie panikujmy, po prostu teraz odczuwam skutki tego zderzenia: powóz, konie, kamieniste brukowane cegły przeciwko mnie. Tyle... boli mnie noga, to fakt i choćbym chciał nie zaprzeczę. Ale nie mówmy o tym, nie przyszedłem tu na pieszo tylko przyjechałem dorożką. Poza tym chodzić mogę, a to co się stało jest od siły z jaką po prostu wpadłem pod koła powozu i kopyta koni.. A napiłbym się może lipy. - Johanna im więcej Todd mówił o tym zdarzeniu, tym bardziej przeszedł ją dreszcz. Przytaknęła na słowa ojca i przeprosiła go na moment, zabierając tacę z naczyniami, by przygotować nowy napój.
Sweeney zatem pozostał w pokoju na kilka chwil sam. Tommy spał w pokoju obok, który łączył się poprzez drzwi z pokojem sąsiednim, czyli miała ciągły wgląd na dziecko. Sweeney tylko na moment zajrzał do wnuczka, by sprawdzić czy ma spokojny sen.
A Johanna chciała tak naprawdę wezwać lekarza do domu, co znaczyło, że musiała zatrzymać ojca na dłużej i z Bertą właśnie cicho w kuchni knuły, jak to zrobić. Sweeney pewnie już był po obiedzie, więc odpadało by go czymś bardziej treściwym częstować, lecz postanowiły poczęstować go mimo wszystko miseczką gulaszu. - Może zje..? Johanno zatem zajmij się Panem Todd'em, a ja pójdę po lekarza, w końcu mieszka blisko nas, może akurat jest w domu... i się nam poszczęści. Pan Todd tak bardzo, źle się czuje? - Spojrzała na Johannę, która szykowała miseczkę na gulasz i przygotowywała lipę, ale też wlała nieco w dzbanek soku malinowego, bo może tak ojciec pijał, nie miała pojęcia, jakie są jego nawyki nawet co do jedzenia. - Mam nadzieję. Dobrze, dobrze... zbieraj się powoli. Oby był byłoby lepiej, inaczej nic nie będę mogła poradzić, jeśli nas opuści, a poza tym pewnie Pani Lovett martwiłaby się jego długą nieobecnością. Dziś jest zajęta też, bo otworzyła swój sklep.. Ale o bliskiej osobie nigdy się nie zapomina. Ach sama nie wiem, ale widzę, że jest obolały, powiedziałabym, że to szok, po tym co się stało.. Sama czuję się winna, bo poniekąd to przeze mnie się stało... Dobrze nie traćmy czasu. Idź po tego doktora, a ja wracam do Pana Todd'a, bo jeszcze ucieknie nam.. - Kobiety po uzgodnieniu wszystkiego rozdzieliły się na zadania. Berta niebawem wyszła, a Johanna w tym czasie wracała do Todd'a na piętro z jedzeniem i piciem. Sweeney siedział na krześle, przeglądał jakąś książkę, która była w Johanny pokoju, a gdy się pojawiła odłożył ją na bok i odparł. - Ja będę się powoli zbierać. Wiesz? Inaczej Pani Lovett pomyśli, że przepadłem jak kamień w wodę. A może potrzeba jej coś pomóc, mimo pomocy, którą zatrudniła, to nie tak bardzo dużo.. a jeszcze.. hm...- Zerknął na swój zegarek. - Jeszcze dwie godziny z kawałkiem do zamknięcia.. - Johanna poczuła przez chwilę rezygnację swojego planu, lecz postanowiła zrobić wszystko by zatrzymać ojca nieco dłużej, przynajmniej do czasu, aż zjawi się tu lekarz. Miała nadzieję, jednak że nie ucieknie stąd szybko. - Ale chyba nie odmówisz zjedzenia małej miseczki gulaszu, nie wiem czy jadłeś obiad.. A Berta by się pogniewała, gdybyś nawet nie spróbował... - Mężczyzna no cóż nie miał wyjścia, skoro Johanna już tak powiedziała i faktycznie spróbował gulasz Berty, smakował mu, robiła nieco inaczej niż Nellie, ale był równie dobry. Potem i napił się z córką lipy, zjedli po kawałku ciasta i Sweeney chciał już się żegnać, tym bardziej, że już nie było go w sklepie około dwóch godzin. A Johanna co jakiś czas podczas ich rozmów, dochodziła do okna, jak i teraz, kiedy Sweeney wstał ze swojego miejsca i odparł do niej. - Dziękuję Ci za gościnę, gulasz.. podziękuję Bercie.. Ale na mnie już pora.. a Ty na kogoś czekasz..? Tak wpatrujesz się przez to okno, przez ostatnie 20 minut.. - Johanna gdy usłyszała, że Sweeney chce wyjść, zaraz na niego spojrzała i zbliżyła się nieco, kiedy mężczyzna powoli chciał pożegnać się z wnukiem. - Och nie możesz zostać jeszcze chwili..? Nie, nie czekam... Tak po prostu patrzę.. - Todd westchnął i uniósł lekko jedną brew, dziwne to dla niego było, a gdy kobieta słyszała, jak drzwi na dole się otworzyły i dalej słyszała kroki na schody odetchnęła z ulgą, przynajmniej miała nadzieję, że Berta idzie w towarzystwie doktora.
No i po chwili rozległo się pukanie do drzwi i wsunęła się Berta do środka i przytaknęła Johannie, że jest z doktorem, którego uprzedziła, że pacjent nie wie o jego przybyciu. A Sweeney właśnie gładził policzek wnuczka w sąsiednim pokoju i w końcu kobiety poprosiły lekarza, ale tym samym Johanna podeszła do ojca i odparła na jego ucho. - Wybacz, ale musiałam... -  Musnęła lekko policzek ojca. Te słowa sprawiły, że Sweeney nie rozumiał o co chodziło, ale zaniepokoiło go to co powiedziała..Co musiała? Jednak zaraz się przekonał, gdy kobiety zniknęły z pokoju, poza tym zajęły się dzieckiem, że Sweeney został wygnany do pokoju córki i tam spojrzał na postać doktora. Już miał się odezwać kim jest, ale widząc lekarską torbę w jego ręku, aż głos zabrał doktor. - Dzień dobry Panu... Nazywam się James Chester, jestem lekarzem. Domyślam się, że jest Pan zaskoczony moim pojawieniem się.. ale Panie postanowiły Panu pomóc.. proszę nie mieć im tego za złe. Słyszałem od Pani Turpin,  że wpadł Pan pod koła powozu i kuleje na nogę... - Sweeney spojrzał na doktora, który postawił torbę na krześle, a na Sweeney'a wskazał drugie krzesło i zaraz zdjął z siebie marynarkę, w końcu płaszcz zostawił w biegu na dole. Golibroda przysiadł na krześle i tak naprawdę był zły, że kobiety uknuły przed nim wezwanie lekarza, czuł się z tym dość niezręcznie, jakby był nieznośnym staruszkiem, który nie da sie normalnie zbadać. - Dzień dobry. Sweeney Todd. Owszem jestem zaskoczony, bo nie spodziewałem się tego.. Pana doktora.. Tak wpadłem pod powóz i kuleję, skutki tego wypadku po prostu odczułem nieco później niż wypadek miał miejsce.. Ale nie czuję się okropnie, po prostu dokucza mi ten ból otarcia, to wszystko... - Lekarz przytaknął, ta "gadka" była mu już dobrze znana, że pacjent jak zawsze nie panikował, zaś bliscy tak i to z reguły ludzie martwiący się o kogoś mieli rację, że jest czym. Niestety Sweeney nie miał wyjścia jak dać się zbadać, chciał nie chciał musiał opuścić spodnie by doktor, mógł obejrzeć jego udo.
Kiedy tak stał naprzeciwko lekarza, który przysiadł na krześle i oglądał jego ranną nogę, gdy odwinął z uda mężczyzny bandaż, który tam tkwił. Sweeney przewrócił oczami i markocił, czy może już założyć spodnie. - Jeszcze nie może Pan.. cóż, nie wygląda to najlepiej.. złamania nie ma, inaczej nie uszedłby Pan na tej nodze... Ale jest Pan dość dotkliwie poturbowany, poza tym myślę, że w udo uderzył Pana też koń. Może Pan tego nie pamięta, bo działo się to na pewno szybko, ale myślę, że tak właśnie było.. Zaraz coś na to poradzimy, może Pan na razie usiąść.. ale spodni proszę jeszcze nie zakładać.. Dam Panu leki, mam je w torbie, wiec recepty nie będą potrzebne.. Poza nogą dokucza Panu jeszcze coś? - Golibroda zastanowił się chwilę i odparł do doktora. - Nie, aż tak bardzo, nie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

O mnie

Moje zdjęcie

Nazywam się Sweeney Todd, opisuję swoją historię życia, ze współudziałem Pani Nellie Lovett, która towarzyszy mi przez ten cały czas. Są między nami wzloty i upadki. Lecz mimo to oboje wiemy, że gdyby kogoś z nas nagle zabrakło, nie czulibyśmy tego co czujemy, gdy jesteśmy we dwoje. Niekoniecznie czasem może gdzieś obok, lecz tak mentalnie, w umyślę, wiem to i czuję to. Mamy nadzieję, że chętnie tu będziecie zaglądać i zaglądacie, by nam towarzyszyć w tej naszej dość zawiłej podróży życia.