- Żegnaj Williamie McCartney'u..
Szepnęła ostatni raz w kierunku grobu po czym zabrali łopaty i ruszyli w kierunku pojazdu. Niedługo miało zacząć świtać, dlatego musieli pospieszyć się z powrotem. Sweeney zasiadł jako woźnica w dyliżansie, Nellie zaś znajdowała się zwyczajne w środku. Musieli przejechać przynajmniej kawałek i porzucić pojazd, który stracił swego pana. Cmentarz znajdował się ponad cztery mile od Fleet Street.
Po przejechaniu ponad połowy trasy, wysiedli i udali się w kierunku domu. Dość podejrzanie wyglądało to, że mieli ze sobą łopaty, ale ich niestety porzucić nie mogli ze względu na to, że ktoś jednak mógłby po nich dojść do właściciela. Do domu dotarli dopiero około siódmej rano. Byli już tak zmęczeni, że pierwszą rzeczą, którą zrobili było położenie się do łóżek. Zasnęli na dobrą połowę dnia.
Obudziło ich pukanie i dzwonienie do drzwi. Nellie niechętnie włożyła na swą piżamę szlafrok. Była rozczochrana i wciąż zmęczona po nocnych przygodach. Kierowała się do drzwi, a zaraz u jej boku pojawił się Sweeney w podobnym stanie. Chyba spodziewali się, że ktoś jednak przyłapał ich w nocy, jednak była to po prostu Isabel.
- Witajcie moi drodzy! Jutro wigilia, a ja dzi... Na pewno nie przeszkadzam..?
Spojrzała po Panu Toddzie i Pani Lovett, chyba dopiero wstali z łóżka i trochę poczuła się niezręcznie w tej sytuacji. Nellie przepuściła ją do środka.
- Nie, nie.. po prostu ciężka noc, dużo klientów, odsypialiśmy.. Och, Ty przecież nigdy nie przeszkadzasz. Usiądźmy. Kawy, herbaty..? A Ty Sweeney..?
Wstawiła wodę w czajniku. Sweeney ziewnął zakrywając przy tym usta.
- Ja poproszę kawę, mocną..
Isabel postawiła torbę, którą miała ze sobą na stoliku. Nie przechodzili do salonu ze względu na to, że kanapa była zaścielona.
- Mi też możesz zrobić kawy..
Pani Lovett wsypała po tyle łyżek małej czarnej do kubków ile każdy sobie życzył, niebawem zalała je wrzątkiem i postawiła każdemu na stoliku. Usiadła obok Pana Todd'a. Objęła dłońmi kubek żeby ogrzać dłonie.
- Isabel.. mam dla Ciebie radosną wieść w sam raz na święta.. nie musisz obawiać się już napaści McCartney'a. Było, minęło..
- Witajcie moi drodzy! Jutro wigilia, a ja dzi... Na pewno nie przeszkadzam..?
Spojrzała po Panu Toddzie i Pani Lovett, chyba dopiero wstali z łóżka i trochę poczuła się niezręcznie w tej sytuacji. Nellie przepuściła ją do środka.
- Nie, nie.. po prostu ciężka noc, dużo klientów, odsypialiśmy.. Och, Ty przecież nigdy nie przeszkadzasz. Usiądźmy. Kawy, herbaty..? A Ty Sweeney..?
Wstawiła wodę w czajniku. Sweeney ziewnął zakrywając przy tym usta.
- Ja poproszę kawę, mocną..
Isabel postawiła torbę, którą miała ze sobą na stoliku. Nie przechodzili do salonu ze względu na to, że kanapa była zaścielona.
- Mi też możesz zrobić kawy..
Pani Lovett wsypała po tyle łyżek małej czarnej do kubków ile każdy sobie życzył, niebawem zalała je wrzątkiem i postawiła każdemu na stoliku. Usiadła obok Pana Todd'a. Objęła dłońmi kubek żeby ogrzać dłonie.
- Isabel.. mam dla Ciebie radosną wieść w sam raz na święta.. nie musisz obawiać się już napaści McCartney'a. Było, minęło..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.