Przede
wszystkim żałowała, że nie zabrała ze sobą cieplejszych rzeczy i większej
ilości lekarstw, lecz raczej nie spodziewała się aż takich niespodzianek
pogodowych. Z drugiej strony nie mogła też być przygotowana na wszystko, skoro
miała ze sobą zaledwie dwie torby spakowane dyskretnie, lecz i tak w obecności
Sweeney'a. Mimo wszystko czuła, że całą tą wyprawę przyjdzie jej odchorować.
W
siedzisku naprzeciw Nellie zaczęła pojawiać się woda, widocznie pojazd nie był
tak szczelny jak powinien być i kobieta zastanawiała się nad tym ile jeszcze
pozostało czasu na dotarcie do celu. Nie mogła raczej teraz zapytać o to
woźnicy, bo pewnie wychylając głowę przez okno dostałaby w nią gałęzią albo
czymkolwiek innym. Jedyne co mogła zrobić to uzbroić się w cierpliwość.
Po
kolejnych trzech godzinach jazdy wreszcie dojechali do Truro, a woźnica
zatrzymał się by spytać pasażerki gdzie dokładniej ma ją wysadzić z całym
bagażem, bo takowych informacji jeszcze nie posiadał.
-
Hm.. spokojnie.. może pani jeszcze trochę pospać, ale chciałbym dowiedzieć się
gdzie kończymy trasę.. Wie pani, to dość specyficzne miasto i wolałbym dowieźć
panią pod sam dom ciotki.. Bo nie chciałbym mieć nikogo potem na sumieniu. - Po
mężczyźnie widać było że jest zmęczony i na pewno spędzi noc w mieście lub jego
okolicach, a teraz chciał w miarę możliwości szybko zakończyć podróż. Nellie
znów się zdrzemnęła, bo nocne warunki i ogólne znużenie zdecydowanie temu
sprzyjały, więc chwila minęła zanim pomyślała co odpowiedzieć skoro żadnej
ciotki tak naprawdę nie było.
-
Poprosiłabym pana o dojazd w okolice zamku hrabiego.. niedaleko od tego miejsca
mieszka moja rodzina. Dziękuję za troskę, ale znam to miasto i chyba sobie
poradzę sama. Na miejscu się rozliczymy. To już niedaleko.. - Kobieta
uśmiechnęła się do staruszka i nieco przetarła oczy będąc już konkretnie
zmęczona jazdą. Na myśl, że musiała jeszcze znaleźć sobie nocleg w tym
tajemniczym miejscu, jeszcze bardziej się wszystkiego odechciewało.
Gdy
mężczyzna otrzymał potrzebne informacje, zamknął drzwiczki dorożki, zajął swoje
miejsce i po chwili znów jechali. Pani Lovett zbierała do swej torebki
wszystkie niezbędności, które znalazły się poza nią i nieco poprawiała swój
wygląd, by w hotelu nikt się jej nie przeraził.
Po
upływie około dwudziestu minut dorożka zatrzymała się, Pani Lovett zabrała
wszystkie swoje rzeczy i wysiadła rozglądając się niezbyt pewnie po okolicy.
Sięgnęła do portfela po drugą część zapłaty dla woźnicy po czym rozstała się z
nim. Poczuła w tym momencie zarówno ulgę i niepokój. Było późno i spacerowała
po pustym mieście, co nie sprzyjało zbyt pozytywnym emocjom. Całe szczęście
niedaleko od miejsca w którym wysiadła, dostrzegała większy budynek a obok niego
reklamę informującą, że ta oto budowla chętnie ugości każdego przybysza. Nellie
zatem wzięła głęboki wdech i udała się w tym kierunku. Mimo, że ludzie już o
tej porze nie spacerowali po ulicach, czuła się z każdej strony obserwowana.
Może były to zwykłe urojenia i podświadomość, ale nie czuła się z tym dobrze.
Znajdując
się wreszcie w rejonie hotelu, poczuła się nieco pewniej. Ulga przyszła kiedy
znalazła się w środku i podeszła do recepcji. Przynajmniej nie czuła się teraz
kompletnie sama na tym pustkowiu będącym końcem Truro. W dalszych krańcach
można chyba było tylko znaleźć zamek tego podejrzanego człowieka.
-
Dobry wieczór panu. Mam nadzieję, że są jeszcze wolne pokoje, hm? Przyjechałam
z dość daleka.. Mam za sobą cały dzień podróży i liczę na odpoczynek.. - Lovett
postawiła swój bagaż na podłodze i zwróciła się do mężczyzny w wieku średnim,
zdającego się być jedyną osobą o tej porze - niedalekiej północy, czuwającą nad
tym miejscem.
-
Witamy panią serdecznie w hotelu Happy. Miejsca oczywiście są i czekają tutaj
na nowych gości. Szczerze mówiąc nie ma tutaj zbyt wielu turystów aktualnie, to
nie sezon by miejsc było brak.. Z daleka? A skąd? Muszę przyznać, że samotna
kobieta o tej porze, w takim miasteczku jak to.. dość rzadki widok. Lecz zawsze
miły dla oka. Na ile dni zamierza się pani tutaj zatrzymać? - Recepcjonista
starał się zagadywać swoją klientkę, ożywił się na jej widok kiedy tylko
zobaczył ją w drzwiach. Mówił niestety trochę za dużo, co było dość uciążliwe dla
zmęczonego człowieka i Nellie chciała się go pozbyć jak najszybciej.
- To
dobrze, cieszę się, że miejsca są. Nawet bardzo się cieszę. Przyjechałam z
Londynu, to kawałek stąd.. Samotna? Och proszę nie wyciągać zbyt pochopnych
wniosków. Zresztą nieważne.. Chciałabym jak najszybciej się odświeżyć i iść
spać.. Czy mogłabym poprosić klucz do pokoju? Właściwie wezmę taki z podwójnym
łóżkiem, będzie mi się lepiej spało niż na pojedynczym. Mam coś podpisać?
Zamierzam tutaj zostać dzień, dwa.. to wszystko jeszcze się wyklaruje. Gdyby
też ktoś.. dołączył do mnie nie byłoby to problemem, skoro pokój jest
dwuosobowy, prawda?
- No
tak, rzeczywiście.. kawałek.. Już daję kluczyk, do jednego z naszych lepszych
pokoi w prezencie za trudy długiej podróży. To prezent na powitanie. Proszę
jedynie podpisać się w tym miejscu, a wszystkie inne formalności załatwimy
jutro. Byłby to problem jedynie w wypadku jednoosobowego pokoju. Jednak skoro
opłata pobierana jest za większy pokój, drugie miejsce jest do dyspozycji. -
Nellie uniosła brew na słowa pracownika hotelu, na jego niebywałą uprzejmość,
podyktowaną zapewne chęcią otrzymania napiwku za wysiłek. Podpisała swoim
imieniem i nazwiskiem dowód zajęcia przez siebie pokoju i wreszcie otrzymała
klucz. Kierowała się już do schodów, choć wtedy recepcjonistę natchnęło na
bycie dżentelmenem i pomoc kobiecie we wniesieniu bagażu. Było to miłe, choć z
pewnością wolałaby gdyby mówił mniej i nie oprowadzał jej po pokoju jakby był
jakimś wielkim królewskim apartamentem.
-
Dobrze.. już dziękuję za wszelką pomoc.. Wszystko zrozumiałam. Dobrej nocy panu
życzę. - Niemal zamknęła mu drzwi przed nosem, po czym przekręciła klucz w
zamku ciesząc się, że wreszcie po wszystkim i może w końcu zająć się sobą.
Po
rozpakowaniu części zabranych rzeczy, wzięła gorącą kąpiel i oddała się
rytuałom wieczornej toalety. Tego dnia mogła pozwolić sobie na dłuższe zajęcie
się sobą, zwłaszcza że nie wiedziała dokładnie co przyniesie kolejny dzień, a
kąpiel i choćby nakremowanie ciała były odprężającymi zajęciami. Przed snem
obserwowała okolicę przez okna i choć było ciemno, miała wrażenie że w pewnym
miejscu dostrzega budynek na kształt zamku. Całkiem możliwe, że to po prostu
wyobraźnia płatała już figle o tej porze i zamierzała się przyjrzeć temu z
rana.
-
Sweeney, Sweeney.. mam nadzieję, że jesteś już w tym miejscu.. Choć sama nie
jestem pewna czy chcę żebyś tam był, lecz chyba to lepsze niż kolejne godziny w
tej ponurej dorożce.. Czuję skutki tej podróży we własnych kościach.. Mam
nadzieję, że dotarłeś bezpiecznie.. i nie dzieje się tam nic okropnego.. jesteś
cały i zdrowy.. Wierzę, że niebawem się zobaczymy.. inaczej naprawdę tutaj
zwariuję..
Pani
Lovett niemalże z bólem serca myślała co teraz może się dziać z jej mężczyzną.
Pragnęła go wydostać z tego chorego interesu i już nigdy nie puszczać w takie
miejsce. Obiecała sobie, że jeśli jeszcze raz pojawi się taka oferta wyjazdu i
wykonania usługi dla jakiegoś starca, osobiście zabije wysłannika, który
przyniesie o tym wieści. Osobiście, bronią którą kiedyś sama kupiła i która
zresztą znajdowała się w torbie obok łóżka. Sweeney już więcej nie mógł
pozwolić sobie na takie szantaże i dni pełne stresu przed nieznanym.
Póki
co zażyła leki na odporność, lecz i ziołowe, które pozwoliły jej szybciej usnąć
i dzięki temu zbierać siły na kolejny dzień.
W
czasie gdy Lovett docierała do hotelu, Sweeney był już prawie na miejscu. Nieco
przesunęło się jego dotarcie, z racji że zamek usytuowany był na dość sporym
wzgórzu, a konie po tak długiej trasie nie były już pełne sił jak na samym
początku podróży. Zanim zwierzęta wraz z ciężkim pojazdem wdrapały się na
miejsce należało zrobić kilka przymusowych przystanków. Sweeney podczas
pierwszego z nich wyszedł zirytowany z dorożki.
- Co
do cholery znów się dzieje?! Dojedziemy tam dzisiaj, czy za miesiąc? Bo w tym
tempie chyba za miesiąc. - Golibroda westchnął ciężko już nie wiedząc co począć
w tej sytuacji. Zmęczenie, głód, strach też przyczyniały się do jego wyjątkowo
złego nastroju i w pewnym momencie miał ochotę na własnych nogach dotrzeć do
celu niż marnować kolejne minuty na postój, kiedy marzył jedynie o tym by
położyć się i spać.
-
Chyba widzi pan w jakim stanie są konie.. One też potrzebują odpoczynku. Samemu
raczej nie radziłbym się wybierać.. Jeszcze się pan zgubi, a w lesie zamieszkują
wilki i inne stworzenia żądne krwi.. - Woźnica patrzył na niego w dziwny sposób,
z przewagą. Ewidentnie wiedział na temat tego miejsca, całej intrygi i tego co
miało się zdarzyć Todd'owi dużo. Miał jakiś dziwny błysk w oku, który każdego
mógłby przerazić.
-
Tak czy inaczej jestem zmęczony.. i chciałbym wreszcie dotrzeć na miejsce..
jedziemy jakieś trzynaście godzin i każdy człowiek, nie jakiś mutant miałby
tego dość.. - Sweeney wsiadł do środka rozdrażniony całą sytuacją i zachowaniem
tego człowieka. Za kilka minut dorożka ruszyła, choć konie nie jechały tak dużą
prędkością jak wcześniej. Zdarzył się jeszcze jeden postój, lecz zamek był już
wyraźnie widoczny. Miejsce odizolowane od reszty miasta i niedostępne dla
zwykłego mieszkańca. Pokonali wysoką bramę, po której zamknięciu człowiek czuł
się jak złapany w pułapkę. Pojazd zatrzymał się wreszcie ostatecznie niedaleko
wejściowych drzwi po których bokach zawieszone były płonące pochodnie. Todd
rozejrzał się po całym tym obiekcie. Był lekko mówiąc przerażony, ale nie
zamierzał tego okazywać, starał się być opanowany. Woźnica pomógł mu z bagażem
i w końcu znaleźli się przed drzwiami, uderzając w nie kołatką by dać znać
komuś wewnątrz o przybyciu gościa. Nie potrwało to długo, zanim drzwi otworzyły
się i ukazał się w nich służący hrabiego widocznie przygotowany. Wymienił się
porozumiewawczym spojrzeniem z woźnicą i wpuścił golibrodę do środka.
-
Panie Todd! Nareszcie! Zapraszam! Jest coś czego sobie pan życzy na ten moment?
Przede wszystkim zapraszam na późną obiadokolację..! Poproszę płaszcz.. i
wszelki bagaż.. - Pomógł gościowi zdjąć odzież wierzchnią i zakręcił się gdzieś
na chwilę z torbami. Sweeney z lekko otwartymi ustami spoglądał na wnętrze domu
hrabiego. Było pełno obrazów w złotych ramach, zbędnych figurek, szabli,
rekwizytów z polowań.. Wszystkiego było pełno, z wyjątkiem rzeczy, które
naprawdę miałyby jakiś styl. Kiedy służący znów się zjawił, zaprowadził go do
jadalni, gdzie czekał na niego dziwnie długi stół, z dwoma krzesłami po przeciwnych
stronach. Tylko jedna była zastawiona, więc raczej miał jeść w samotności.
Mężczyzna odsunął Todd'owi krzesło i dopasowywał je kiedy golibroda siadał.
Jego kolejnym krokiem było zapewne udanie się do kuchni, bo na stole powoli
zaczęły pojawiać się rozmaite potrawy. Sweeney przez chwilę pomyślał z obawą o
całym tym jedzeniu, ale patrząc na to z drugiej strony nie mógł we wszystkim
doszukiwać się podstępu. Został przywitany wybornymi daniami, jak na dalekiego
gościa przystało. Służący jak na razie nie wydawał się kimś podejrzanym, a
wręcz był na każde skinienie przybysza. Póki co nie dając po sobie poznać
zamieszania w podły plan.
-
Hrabia niestety już śpi, choć nie mógł się pana doczekać.. Ale jutro się pan z
nim zobaczy.. z pewnością.. Po posiłku oprowadzę pana po zamku.. albo nie.. na
pewno jest pan zmęczony, panie Todd.. Pokażę jedynie pokój, chyba że jeszcze
będzie pan miał jakieś prośby.. Chętnie ich wysłucham. - Wpatrywał się w
jedzącego Sweeney'a z dziwną intensywnością. Mimo iż myślał, że będzie jadł sam
ten człowiek ciągle stał niedaleko jakby naprawdę czekał na rozkazy. Do tego
ciągle o czymś mówił, że golibroda zaczynał odnosić wrażenie, że spełniłby
różne jego zachcianki gdyby tylko czegoś sobie zażyczył.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.