SCM Music Player.

Bohaterowie.

sobota, 27 lutego 2016

Part 309.

Po powrocie do hotelu, przez Nellie kobieta powoli zaczęła przygotowywać się do misji na wieczór, kiedy się już ściemni. Spoglądała na łóżku na swój asortyment, jedynie zrobiła sobie przerwę na obiad, czy wcześniejszą kolację, ale już na ostatni posiłek niewiele była wstanie przełknąć. Przez te kilka godzin Pani Lovett starała się odpocząć, bo nie wiedziała jak potoczy się ta noc i chciała być pełna swoich sił, a tym bardziej nie być zmęczona, choć tak się czuła już z samego faktu, że nie wiedziała co ją czekać będzie w zamku.
Leżała na boku na łóżku, patrząc jak powoli się ściemniało na dworze, powoli już niebawem miała się zbierać, ale czekała aż na dworze zapadnie mrok, a wtedy w okolicach zamku, nie będzie taka widoczna. W tym czasie, gdy kobieta jeszcze przymknęła oczy na pół godziny, choć wierciła się na łóżku z tego rozgoryczenia i niewiedzy, jak ma się jej ukochany.
Do zamku wieczorem, kiedy Nellie już powoli zsuwała się z łóżka i szykowała do niecnego niedalekiego wyjścia w okolice mrocznej niewiedzy, przybyła policja do bram zamku. Trzej inspektorzy, postanowili sprawdzić zostawiony u nich anonimowy donos. Dlatego pierw przeszukali okoliczny las ze swoim wydziałem, z czego wiele spraw stanowiło dla nich zagadkę. Faktycznie zebrali tam kilka podejrzanych dowód, nawet kość, no i postanowili sprawdzić co dzieje się na zamku. Poza tym grabarz z listu ich zaciekawił, tym bardziej, że gdzie pojawiał się grabarz w mrocznych miejscach czuli jakąś niedobrą sprawę znosząca ich ku zbrodni i to ich zastanawiało. Będąc już u progu drzwi, gdzie jeden z inspektorów pukał o kołatkę w drzwi i czekali, odezwał się do swoich kolegów.
- Nie cierpię być w okolicach tego zamku.. jak można wybudować coś tam wielkiego, okropnego.. ten staruch chyba żyje już sto lat… Miejcie się na baczności… O ile wpuści nas do środka.. a jak nie to jutro postaram się o nakaz. Ten las mnie przeraża.. – Inspektor wzdrygnął, nie był może jakimś tchórzem, ale to miejsce go przerażało, lecz był sprytnym inspektorem policji i nie dawał sobie w kasze dmuchać. Jego dwaj podwładni o niższym stopniu przytaknęli głowami i jeden odparł.
- Wolę już opuścić to miejsce.. no jest tam kto..? Ile można czekać.. – Po chwili jednak drzwi się otworzyły i wyjrzał Ernest zdziwiony widokiem policji i nieco speszony. A inspektorzy zaraz pokazali swoje odznaki i główny inspektor Hadgins odparł.
- Dobry wieczór Panu. Pan wybaczy to najście… ale doszły nas słuchy o pewnych zdarzeniach i zaniepokoiły nas pewne dziwne rzeczy w lesie… Poza tym czy dziś nie było tu grabarza może? Chcielibyśmy porozmawiać z Hrabią Vermontem.  – Ernest stojąc w drzwiach, czuł jak gula w gardle stoi mu coraz wyżej, poza tym nie był skory do wpuszczenia policji do środka zamku. Obawiał się, że będą chcieli porozmawiać z Hrabią, który już wącha kwiatki, a do tego zobaczą za wiele i trzeba będzie ich zabić.
- Dobry wieczór. Naprawdę? Niemożliwe. Grabarz tutaj? Ależ skąd.. nie było tutaj żadnego, niby poco? Och trochę za późno są Panowie.. Hrabia już się położył… - Inspektor spoglądał podejrzliwie na Ernesta, poza tym wszedł na schodek wyżej i zaraz nieco przepchnął mężczyznę wchodząc z kolegami do środka i rzekł. Widząc jak Ernest denerwuje się ich przybyciem, czyli jednak coś ukrywał? Czy na ich widok się tak trząsł, może coś przeskrobał w przeszłości i unikał teraz policji jak ognia?
- Nie wiem poco.. ale niedaleko od zamku, widzieliśmy świeżo kopaną ziemię, a tam kości.. Dobrze w takim razie jutro porozmawiamy w Hrabim… a teraz jeśli Pan pozwoli rozejrzymy się po zamku… - Ernest już chciał coś powiedzieć, lecz policjanci ruszyli w jedną stronę, a zaraz wyrósł przed nimi Bamford, który chciał ich grzecznie wyprosić, ale policja nie dała się tak podebrać.
W tych samych minutach w lochach, ze Sweeney’em był Turpin, który dalej mścił się na mężczyźnie, Todd właśnie leżał w celi na wpół przytomny, gdy Turpin uderzył go po raz kolejny w brzuch i pochylił szepcząc na ucho.
- Co tam mówiłeś coś..? Czy ja coś słyszałem.. Och nadal się nie zgadzasz na moją propozycję z opuszczeniem Londynu raz na zawsze? – Sweeney zakaszlał i nic nie odpowiedział Turpinowi, czuł się okropnie, poza tym Turpin złapał mu z dwa żebra i Sweeney przez to czuł się najgorzej. Zerknął na Bernarda, kiedy ten wycierał swoją dłoń z krwi Todd’a i spoglądał na niego jak na jakiś zbędny sprzęt, który chciał wyrzucić z piwnicy. Dzień sądny nastąpił Todd.. Nienawidzę Cię, a doskonale wiem, że nie odpuścisz Johanny.. co nie jest mi na rękę, tym bardziej byś inne sprawy o mnie rozpowiedział światu… - Sweeney dalej kaszlał i podniósł się nieco do pozycji siedzącej opierając o ścianę i szepnął cicho do Turpina.
- Gadasz, gadasz i gadasz… Tym wyżywaniem się na mnie myślisz, że coś zyskasz…? To podejrzane, że z Londynu wyjechałem.. Potem Ty tu przyjechałeś… Twój sługus.. a kiedy mnie zabijesz powrócisz do Londynu, jak z jakieś wycieczki, uradowany.. mam rację? – Spoglądał na Turpina, który zaśmiał się po nieco dłuższym namyśle i znów zabrał głos, wyjmując z kieszeni marynarki nóż i zdjął z niego pochwę. Oczywiste było to, że chciał nim skrzywdzić Todd’a dziś nastawił się na jego zabicie. Sweeney nie miał nawet za bardzo siły się bronić, choć miał w kieszeni brzytwę, by jej użyć na Turpina.
W tym samym czasie Nellie ruszyła już do zamku, założyła na siebie pelerynę z grubego materiału i na głowie miała duży kaptur, przenikała szybko ulice i skręciła w kierunku zamku, zakradając się tam przez las. Oczywiście Pani Lovett była zwarta i gotowa do działania, poza tym miała przy sobie niezły asortyment broni i nie zawaha się by go użyć. Gdy dotarła bliżej zamku, dostała się do niego przez podziemia, a że jedne drzwiczki były otwarte to nie miała większego problemu by tam się dostać. Choć serce jej waliło jak dzwon odkąd tylko opuściła hotel. Miała w duchu nadzieję, że Sweeney jest cały i że po prostu zdążyła przed skrzywdzeniem go i zdąży mu pomóc, wydostać się z nim z zamku i pojechać do domu. A przede wszystkim martwiła się o to w jakim stanie był mężczyzna. Sweeney i tak dziś był już po spotkaniu z salą tortur, na szczęście połowa tam nie działała, albo była zepsuta, ale mimo to Todd tam został także poturbowany jego ubranie więc nie wyglądało najlepiej, ale przynajmniej nieco go chroniło od ran.
Turpin przymierzał się do zadania ciosu Sweeney’owi, pierw oczywiście grał na zwłokę, nie miał pojęcia nawet, że policja jest w budynku i obaj jego kompanii starają się wykurzyć inspektorów z zamku, ale nie dało się. W pewnym momencie do lochów wpadł burczący pod nosem kucharz, który miał zawiadomić Turpina, poprzez Bamforda, że policja jest w zamku.
- Panie Turpin.. Pan Bamford kazał przekazać.. że trzeba to przerwać. Policja tu jest. Węszą. – Turpin słysząc te słowa od kucharza warknął i zmarszczył czoło. Czuł, że jego plan stał pod znakiem zapytania, ale liczył na to, że kiedy się pokaże i oświadczy kim jest, to przecież policja nie posądzi sędziego o jakieś złe uczynki.
- Policja? I Ernest wpuścił tu policje.. cholera jasna… akurat teraz, kiedy jestem tu zajęty..! Dobrze.. zaraz tam przyjdę. Pod żadnym pozorem mają tu się nie dostać… - Turpin zastanawiał się przez chwilę co zrobić, no ale pomyślał, że ta chwila może jest jedyną szansa, na to by skończyć to na co od lat czekał. Pozbyć się Sweeney’a, dlatego zaraz szarpnął Sweeney’em, by go podnieść i skierował nóż, który trzymał w dłoni w jego klatkę piersiową, lecz nie przewidział tego, że Sweeney miał swoją brzytwę w reku i kiedy ten go chciał zranić to Sweeney zaatakował Turpina swoim narzędziem pracy i zranił Turpina w udo i biodro, szepcząc cicho nad uchem. Mimo to sam poczuł nóż w swoim ciele w boku, ale przynajmniej głęboko Bernard go nie zranił.
- Myślałem, że dam się od tak zabić…? Może i nie mam tu szans na przeżycie do jutra… ale przynajmniej nie będę Twoją ofiarą… Policja… i bardzo dobrze, ja ich tu serdecznie zapraszam… byś dostał za swoje, sędzio..! – Sweeney zranił Turpina jeszcze raz w biodro, a odpuścił dopiero jak sędzia go puścił i spojrzał na niego z niedowierzaniem, a gdy usłyszał jakieś stłumione głosy odparł wściekły zamykając Todd’a w celi.
- Jeszcze tu przyjdę i wtedy nie pośniesz już słowa… - Turpin jednak z tego wszystkiego zapomniał o odebraniu brzytwy golibrodzie i uciekł z lochów. Todd wtedy osunął się na podłogę i przymknął powieki opierając głowę o ścianę i odetchnął. Dotknął swojej rany na boku i syknął. Na jedno oko Todd kiepsko widział, bo miał je podbite i opuchnięte, wyglądał jak siedem nieszczęść, ale mimo to cieszył się, że przed chwilą dokonał uszczerbku na zdrowiu Bernarda. Miał tez nadzieje, że wizyta policji sprawi, że jego męki się skończą, choć zastanawiało go jakim cudem policja tu się znalazła, bo raczej nie bez powodu.
Pani Lovett, gdy dostała się do podziemi, zachowała ostrożność, powoli przemierzała podziemny korytarz, z jednego miejsca pachniało wędzarnią, więc była pewna, że niedaleko była tu spiżarnia. Korytarz nieco byś oświetlony pochodniami, ale nie wszystko się paliły. Szła mijając zakręt, zauważyła młodego człowieka idącego przed nią, który coś markocił do siebie i miał przy sobie spory worek mąki.
- Przynieś to.. wynieś tamto.. Staruch dawno nie żyje, a ja tu sterczę robiąc tylko wypieki, dla tych grubasów.. Jeden jak szczur żółte zęby ma.. a ma się za jakiegoś wielce możnego Pana… Lepiej by ta policja dowiedziała się, że kogoś tu katują na śmierć… Inaczej wszystkich tu nas pozabijają.. i ten głupi Ernest, wszystkim w tyłek wchodzi.. Jakiś sędzia od siedmiu boleści… który wszystko uknuł by zabić jakiegoś golibrodę… Oby on jeszcze żył… I kolejne bułki, chleby.. może by tak arszeniku do tego dodać… i mieć pewność, że tylko oni to zjedzą.. To byłby dobry układ.. my byśmy pozbyli się tych idiotów i mogli wyjaśnić światu, że staruch od win i dziwactw zamkowych zmarł jakiś czas temu.. Ech.. – Nellie podsłuchiwała co mówił mężczyzna, chowała się co jakiś czas w zagłębieniu murów, a po chwili dalej ruszała za chłopakiem. Aż w końcu do niego podeszła od tyłu i przysunęła mu pistolet do boku mówiąc.
- Ani słowa, piśnij to po Tobie! Słyszałam co tam szeptałeś sobie.. nie martw się, nie zrobię z tego użytku bo mam takie same zdanie jak Ty… Ale jeśli nie chcesz, mieć kłopotów ze mną… i naprawdę nie masz nic wspólnego z tym bestiami, o których mówiłeś.. to natychmiast zaprowadzisz mnie do miejsca, gdzie jest więziony ten Pan o którym mówiłeś… Golibroda.. Rozumiesz..? Ruszaj… i bez sztuczek z tą mąką…! – Młody piekarz by wystraszony pojawieniem się postaci przy nim, na słowa Nellie jedynie przytaknął, tak go zatkało, że nie wiedział co miał powiedzieć, jedynie ruszył, by ją zaprowadzić do Sweeney’a. Nie zamierzał jej krzywdzić, poza tym skoro chciała wydostać stąd golibrodę to był jak najbardziej za. Przemierzali tak korytarze, wyjrzeli zza jednego roku i ruszyli dalej, czekając aż z jednego miejsca przejdzie policja z pocącym się Bamfordem i Ernestem. Dalej ruszyli spokojnie, ale i szybciej, piekarz prowadził kobietę na wyższa kondygnacje, poprzez kolejne półmroczne korytarze. Był zmieszany, ale nie chciał kłopotów, nie zrobiłby też krzywdy Nellie, poza tym co on mógł zrobić z tą mąką, rzucić nią w nią i uciec, a ona mogła jeszcze szybciej go zastrzelić.
- Przyszła tu Pani po golibrodę? Ja nic z tym więzieniem go nie mam do czynienia.. Wiem, że go głodzą, torturują, biją i dziś czy jutro, chcieli go zabić...- Odezwał się choć tak jakby skurczył w sobie nie chciał by kobieta zrobiła mu krzywdę, zaraz tez otwierał z klucza drzwi i odezwał się do kobiety wpuszczając ją do środka, choć to jemu kazała iść pierwszemu.
- Trzymają go w lochach... Ten sędzia, chce się go pozbyć z powodu jakiejś kobiety..? Nie nie jestem wścibski, ale nie rozumiem tego... A jedyne co logiczne wpada mi do głowy, to że więzień to kochanek, kobiety Turpina..? W każdym razie nie moja sprawa.. Policja tu jest.. lepiej by przetrzepali ten zamek.. - Nellie słuchała mężczyzny i odezwała się kiedy zeszli już prawie że do lochów, gdzie mężczyzna przyłożył ucho do drzwi i sięgnął po klucze.
- To skomplikowane proszę Pana.. nie nie jest żadnym kochankiem.. tu o rodzinę Pana Todd'a chodzi.. a nie o zdrady... Co tam jest za drzwiami..? - Piekarz powoli otworzył drzwi i wpuścił Nellie do środka, nie zamierzał wchodzić do środka, nie chciał patrzeć na to co zapewne sądził, że zastane, a był strasznie wrażliwy na czyjąś krzywdę i krew.
- Lochy.. tutaj jest Pan Todd.. ja tam nie wejdę.. nie mogę... Tu już moja misja mam nadzieję, że się kończy...? - Nellie spojrzała podejrzliwie na mężczyznę, ale weszła do środka i zabrała klucze piekarzowi mówiąc spokojnie.
- Tak, jest Pan wolny, ale klucze wezmę na wszelki wypadek.. - Mężczyzna westchnął i odszedł zaraz poza tym nie wyglądał na kapusia, miał zaledwie dziewiętnaście lat, więc do śmierci nie było mu spieszno, ani kłopotów. Nellie zaraz ruszyła poprzez lochy, widząc cele, w których nie było zbyt czysto, a do tego jakiś szczur przebiegł przed nią, że aż się przeraziła. Usłyszała też czyjąś obecność tutaj, koszel, oddech dość niespokojny i to jakby ktoś chciał się podnieść, ale miał z tym trudności. Gdy dotarła bliżej tych dźwięków, zobaczyła Sweeney'a w tym przykrym stanie, aż puściła klucze z dłoni i przybliżyła się szybko do krat.
- Kochanie.. Sweeney..?! Skarbie... słyszysz mnie... - Szybko podniosła klucze i zaraz chciała dostać sie do celi szperając w zamku kluczami, ale trochę to trwało, nie mogła jednak pozwolić sobie na demonstracje każdego klucza, czy działa do zamku i chciała użyć broni, by otworzyć cele i tym samym nie zranić przy tym mężczyzny. Jej twarz była przerażona, bała się a do tego nie wyobrażała sobie, że w takim stanie zastanie Sweeney'a, który był brudny, pobity do tego stopnia, że jego twarz była posiniaczona, nawet jego dłonie były poharatane, był ranny co widziała, bo akurat obrócił się lekko w jej stronę i krew na jego ubraniu wiele wyjaśniała.
- Nellie..? Co Ty tutaj robisz...? To sen... Chyba mam już przewidzenia... - Sweeney nie wierzył, że Nellie jest tu naprawdę, miał uczucie, że albo zasnął, albo naprawdę dostał tak mocno w głowę, że miał już omamy z tego wszystkiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

O mnie

Moje zdjęcie

Nazywam się Sweeney Todd, opisuję swoją historię życia, ze współudziałem Pani Nellie Lovett, która towarzyszy mi przez ten cały czas. Są między nami wzloty i upadki. Lecz mimo to oboje wiemy, że gdyby kogoś z nas nagle zabrakło, nie czulibyśmy tego co czujemy, gdy jesteśmy we dwoje. Niekoniecznie czasem może gdzieś obok, lecz tak mentalnie, w umyślę, wiem to i czuję to. Mamy nadzieję, że chętnie tu będziecie zaglądać i zaglądacie, by nam towarzyszyć w tej naszej dość zawiłej podróży życia.